Janusze Paralotni

 

 

Latać każdy może – jeden lepiej, drugi gorzej.

 

 

Zaczęło się od lotu w tandemie na wyjeździe w Nepalu. Po tym doświadczeniu postanowiłem zrobić licencję pilota paralotni. Online wyszukałem szkołę paralotniarską ALTI z Międzybrodzia Żywieckiego. Zarezerwowałem termin kursu, wpłaciłem zaliczkę i zaczęło się odliczanie :).

 

Do Międzybrodzia docieram autobusem z Krakowa. Siedziba szkoły mieści się w Hotelu Niagara, gdzie wynająłem pokój. Kompleks składa się z dwóch obiektów, boiska do siatkówki, małego basenu, jest też trochę zieleni i miejsce na grilla. W pierwszym budynku znajduje się recepcją, bar, pokoje o lepszym standardzie, sala wykładowa i siedziba ALTI. Drugi budynek z pokojami o wiele niższym standardzie. Mieści się tam stołówka i sala w której podczas mojego pobytu odbywały się warsztaty taneczne. Cena za noc w części turystycznej to koszt 35zł – warunki są naprawdę turystyczne 🙂 . Miejscowość ma bardzo dużą bazę kwater o przyzwoitym standardzie i w przystępnych cenach, z tym że mi zwyczajnie nie chciało się zmieniać lokum i szczerze powiem,  nie żałuję. Nie było może luksusowo. Łóżko i dach nad głową wystarczały do odpoczynku, na wykłady i startowisko miałem nie daleko, do tego śniadania wliczone w cenę pokoju, bardzo smaczne i bardzo obfite :).

Dzień Pierwszy

Szkolenie zaczyna się o godzinie 9 w Sali wykładowej w hotelu Niagara. Nasza grupa liczyła 14 osób. Ludzie w wieku od 22 do 54 lat,  każdy chciał skosztować latania.

Następuje przedstawienie instruktorów i kursantów. Zastaje omówiony program szkolenia. Regulujemy kwestie finansowe, wypełniamy formularze i podpisujemy ( zrzeczenie majątku 😀 ). Po całej ceremonii idziemy do hangaru, gdzie zostajemy podzieleni na dwuosobowe grupy w podobnym przedziale wagowym. Jedna uprząż na parę. Każdy z osobna ją nakłada, a instruktor odpowiednio ją dopasowuje. Niestety nie latamy, wieje zbyt mocny wiatr, za to odbywamy pierwszy 3 godzinny wykład z Anią z Prawa lotniczego. Wszystko przebiega w miłej i wesołej atmosferze. Wieczorem organizujemy wspólnego grilla – zaczyna się pierwszy etap integracji.

 

Dzień drugi

Wszyscy od rana liczą na dobre warunki – może dzisiaj uda nam się polatać. Pogoda nie wygląda źle, ale ze względu na przepisy i nasze bezpieczeństwo nie wychodzimy na stok. Zamiast tego na trawniku przed hotelem uczymy się rozkładania i składania skrzydła, sprawdzania linek i zasad zapinania uprzęży.

Po przerwie obiadowej idziemy na kolejny wykład z Anią. Tym razem z meteorologii. Przez cały dzień warunki nie zmieniają się, jesteśmy dalej uziemieni. Nie pozostaje nam nic innego jak dalej się integrować. Drugi wieczór, drugi grill w miłym i ciekawym towarzystwie :).

Dzień trzeci

Od rana pada. Morale grupy upada.Wszyscy chcą w końcu latać. Mamy kolejny wykład, tym razem prowadzi go Tamara. Zapoznaje  nas z tajnikami sprzętu paralotniarskiego. W trakcie szkolenia dostaje telefon. Dobre wiadomości, warunki poprawiają się i po wykładzie pójdziemy na stok – wszyscy od razu uśmiechnięci :).

Po wykładzie zgarniamy sprzęt z hangaru i ruszamy. Podejście nie wydaje się duże, ale jest męczące – a wchodzimy dopiero pierwszy raz :).

Dostajemy radia i rozkładamy sprzęt. Pierwsi ochotnicy szykują się ( druga osoba z pary pomaga przy rozkładaniu i rozplątywaniu linek ). Jeśli wydaje się nam, że wszystko zrobiliśmy prawidłowo, zgłasza się gotowość do startu. Instruktor sprawdza sposób w jaki zapieliśmy uprząż, jak wpięliśmy skrzydło, czy linki nie są poplątane i czy słyszymy radio. Jeśli wszystko jest ok, zgłasza koordynatorowi ( siedzącemu na lądowisku ) naszą gotowość. Czekamy na jego pozwolenie, gdy jest bezpiecznie zezwala nam na start.

W moim pierwszym podejściu zaliczyłem upadek. Drugim razem wystartowałem i wylądowałem. Trzeci start – drugi upadek. Tego dnia wykonałem jeszcze dwa udane loty. Początek był ciężki  – nie tak to sobie wyobrażałem, ale później było tylko gorzej 😀 , przejęzyczenie tylko lepiej :).

Wszystkim z grupy udało się wznieść w powietrze. Jednym przyszło to łatwo, drudzy musieli włożyć w to więcej pracy. Zmęczeni, ale w dobrych nastrojach wracamy zdać sprzęt. Wieczór upływa nam na grillowaniu i rozmowach.

 

Dzień czwarty

Od rana pada, czekamy na poprawę warunków i telefon od Tamary . Ok. 14 dostajemy dobre informacje – wychodzimy na startowisko. Tego dnia nie wszystkim udaje się wystartować. Po kilku nieudanych podejściach ( czytaj wywrotkach/upadkach ) jedna osoba rezygnuje. Na dzisiaj kończymy latanie , ale czeka nas jeszcze wykład z pierwszej pomocy. Mamy go z doświadczonym ratownikiem GOPR. Omawia podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy oraz sytuację, które mogą nas spotkać podczas lotu paralotnią, a raczej podczas lądowania np. na drzewie, liniach elektrycznych lub gdy wpadniemy na zaparkowany samochód.

Po wykładzie, kolejny wieczór spędzamy robiąc grilla. Jutro wielki dzień  – egzamin teoretyczny.

Dzień Piąty

Od rana wszyscy zakuwają materiał z prawa lotniczego i meteorologii. Był lekki stres, ale egzamin  nie był taki straszny jak się zapowiadał – wszyscy zdali. Od rana warunki pogodowe były dość dobre i nie zmieniły się, więc po przerwie obiadowej wychodzimy na stok.

 

Aby zaliczyć pierwszy etap kursu paralotniarskiego trzeba zdać egzamin teoretyczny i zrobić 20 zlotów ( udany start i lądowanie ). Jeśli nie udało nam się to w przeciągu trwania kursu, możemy zostać na weekend i dokończyć to od razu lub po wcześniejszym umówieniu się, przyjechać wykonać pozostałe zloty w późniejszym terminie ( jest to w ramach ceny początkowej, nie trzeba dopłacać ).

Początkowo miałem wyjechać w piątek, ale że wykonałem tylko 16 udanych zlotów, nie zaliczyłbym pierwszego etapu i nie miałbym możliwości dokończyć go w tym roku – postanowiłem zostać kilka dni dłużej.

Wieczór upływa nam na integrowaniu się – niestety już w mniejszej grupie, ponieważ część uczestników mimo nie ukończenia kursu musiała wyjechać.

Dzień Szósty

Niektóre osoby miały sprzęt tylko dla siebie. Udało mi się dobić do 21 zlotów – ostatni start więcej biegłem niż leciałem ( zmieniły się warunki ), nie bez trudu, ale udało mi się wyciągnąć skrzydło. Tego dnia najbardziej popisała się Ewa, młoda mama o filigranowej posturze, wykonała 7 zlotów i tym samym zaliczyła pierwszy etap.

Po pasowaniu 😀 zostaje nas dosłownie garstka, do tego wszyscy zmęczeni po kilkudniowych zmaganiach. Ostatni wieczór spędzamy spokojnie w bardzo nielicznym gronie.

Kilka rad: Najlepiej wziąć stare ubrania, długi rękaw jest przydatny – przy podnoszeniu skrzydła taśmy ocierają przedramiona, chroni on też przy upadkach. Dobre buty – tenisówki nie są polecane. Można mieć swój kask, okulary przeciwsłoneczne też się przydają. Wszystko to jest opisane na stronie ALTI – warto się do tego zastosować.

Jeszcze podzielę się dwoma tekstami z kursu, które utkwiły mi w pamięci:

” Paralotniarze dzielą się na tych, którzy znaleźli swoje pierwsze drzewo i na tych, którzy je znajdą ”

” Wiedząc, że będziesz lądował na drzewie celuj w pień i łap się na misia ”

 

Dzień Siódmy

Przed powrotem do Krakowa wraz z Magdą, Patrycją i Przemkiem jedziemy jeszcze do Żywca zwiedzić Muzeum Browaru. Wycieczka dość ciekawa i przyjemna. Niestety w weekendy nie ma możliwości zobaczenia samego procesu produkcji piwa. Jak to przy zwiedzaniu większości browarów, koniec zwiedzania zostaje okraszony zimnym piwem :). Osobiście uważam miejsce za ciekawe i godne polecenia.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba ruszać dalej w drogę. Na szczęście nie jest to koniec urlopu. Teraz nadszedł czas odwiedzić rodzinne strony, czyli piękną Suwalszczyznę :).

 

SMACZNE-PODROZE-png

    1. Po tandemowym locie w Nepalu chciałem wziąć sterówki w swoje ręce i przekonać się jak to jest samodzielnie wznosić się w powietrzu :).

Dodaj komentarz