Kirgistan, gdzie to jest ?

Kirgistan, gdzie to jest ?

Relacja z kilkutygodniowej podróży po Kirgistanie. Odwiedziliśmy stolicę kraju Biszkek, Kanion Konorchok, Balykczy, Czałpo- ate, Naryn, Kazarman, Osz oraz Burana.

Wyszedł z tego długi tekst, wiec żeby ułatwić Wam czytanie, poniżej znajdziecie spis treści. Wystarczy kliknąć w wybrany tytuł ;).

Kirgistan, gdzie to jest?

Kirgistan, a gdzie to jest i po co tam jedziesz? Skąd w ogóle pomysł na wyjazd do tego kraju? Często słyszałem takie i inne pytania od bliższych i dalszych znajomych. Pomysł podsunęły mi dwie dziewczyny poznane na jednym z portali podróżniczych, które wybierały się właśnie do tego kraju. Po sprawdzeniu kilku informacji i obejrzeniu sporej ilości zdjęć nie miałem wyjścia – musiałem tam jechać.

Kirgistan posiada dużo plusów: Polacy nie potrzebują wizy, jest dość tanio, przelot w rozsądnej cenie, jeziora, gorące źródła i dużo gór ( 90% kraju leży powyżej 1500 m n.p.m. :).

W ten oto sposób była nas już trójka. Po pewnym czasie dołączył do nas czwarty uczestnik wyjazdu Piotrek – znajomy znajomych.

Bożena i Karolina mieszkały w Polsce, my w Anglii dlatego na miejsce dolatujemy osobno. One z Pragi przez Moskwę do Biszkek ( Aeroflotem ). My z Birmingham przez Amsterdam i Istambul ( KLM i AtlasGlobal ). Cena biletu w obu przypadkach oscylowała ok 1500zł.

Stolica Kirgistanu Biszkek

Wylatujemy 1 -go maja nocnym lotem z Ataturk Airport w Turcji. W Biszkek ( stolicy Kirgistanu ) lądujemy 2-go maja. Dziewczyny były na miejscu dzień wcześniej. Podesłały nam kilka informacji jak najlepiej dostać się do centrum i gdzie je znaleźć.

Zaczęło się męcząco. Po wylądowaniu ok 5 nad ranem, staliśmy ponad godzinę w kolejce do odprawy paszportowej. Po odbiorze bagażu od razu zgarnął nas taksówkarz. Początkowo chciał 1000 som/osoba, zbiliśmy cenę do 400som/ osoba (20 zł ). Dziewczyny napisały nam, że zapłaciły 500 som za taxi, więc nie ma sensu więcej się targować – w końcu lokalni ludzie też muszą za coś żyć.

Jeszcze na lotnisku mieliśmy kupić kartę sim i wymienić trochę dolarów. “Uczynny” taksówkarz powiedział, że da nam ją za darmo i zawiezie do kantoru. Człowiek zmęczony nie myśli racjonalnie. Dostaliśmy kartę, tyle że micro, a była potrzebna nano, nie mieliśmy też jak jej doładować. Kantor owszem był, kurs znacząco nie odbiegał od lotniskowego i można było to zrobić od razu. Niedopilnowanie tych rzeczy zaowocowało późniejszym niepotrzebnym chodzeniem w deszczu. Do tego trzeba było trochę poczekać. Cwany Pan kierowca przyprowadził nas do samochodu.

Siedziały tam już dwie inne pasażerki. Widząc nas wsiadających do auta lekko się wkurzyły. Myślały, że pojadą same. Pokrzyczały na kierowcę, wzięły bagaże i wyszły. My zadowoleni usiedliśmy na tyle, a kierowca wrócił na lotnisko pod pretekstem oddania pieniędzy koledze. Chwilę później widzieliśmy jak prowadził kolejne dwie Panie. Na jego nieszczęście reagują podobnie do poprzednich :D. Znowu znika. Wiedzieliśmy już, że posiedzimy do czasu, aż znajdzie dodatkowych pasażerów. W końcu przyprowadza Amerykanina i ruszamy Toyotą z wyjącym alarmem :D. Czas przejazdu ok. 40 min.

W poszukiwaniu dziewczyn

Punktem spotkania z dziewczynami był Comfort Aparthotel na ul. Ibrimovskiej, Biszkek, Kirgistan. Mieści się on w 9 piętrowym bloku, recepcja znajduje się na 8 piętrze. Wyjeżdżamy tam windą, która lata świetności miała dawno za sobą ( na szczęście nie zawiodła nas ani razu  😀 ). Recepcja zagrodzona kratami, po krótkim oczekiwaniu pojawia się Pani. Pytamy o dwie dziewczyny z Polski – ona ni w ząb angielskiego, a my nie za bardzo po rosyjsku 🙂 – robi się ciekawie :). Rozmowa trwała kilka minut. Dowiedzieliśmy się, że nie ma w hostelu żadnych “dziewuszek z polszy”. Pytamy więc o wynajęcie pokoju na kilka godziny – prysznic jest wskazany :). Można wynająć apartament na 2 godziny za 500 som z góry. Zgadzamy się na to, ale kupiliśmy za mało waluty. Pani nie chcę przyjąć dolarów, więc trzeba znaleźć kantor. Zostawiamy plecaki i ruszamy na poszukiwania.

Wymiana waluty w Kirgistanie

Ok. 8 rano prawie wszystko jest zamknięte, nie widać bankomatów, zaczyna padać deszcz. W końcu pojawia się światełko w tunelu jest sklep – no to piwo – pierwsze na nowym lądzie 🙂 ( żeby nie było, nie byłem w tym odosobniony 🙂 ). Pani ekspedientka była bardzo miła. Wypytała nas, to po angielsku to po rosyjsku skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy itp.

Po opróżnieniu butelek znaleźliśmy otwarty kantor – jest dobrze przynajmniej możemy zapłacić za pokój, ale dalej nie mamy jak skontaktować się z dziewczynami – angielskie karty sim nie działają, na polską nie dostałem odpowiedzi.

Po powrocie na 8 piętro, podczas płacenia przy kratach otwierają się sąsiednie drzwi, i kto w nich się pojawia? Oczywiście, że nasze towarzyszki z Polski. Widzimy się pierwszy raz na żywo i to w Kirgistanie :D. Kiedyś, takie spotkania dla mnie były nie realne. Jedziesz do zupełnie obcego kraju, kontaktujesz się z obcymi osobami i razem z nimi ruszasz w drogę. Teraz człowiek się już do tego przyzwyczaił i jest to zupełnie normalne :).

Następuje zapoznanie oraz krótka relacja z dotychczasowych przygód. Tu dowiadujemy się, że dziewczyny przyjechały z lotniska za 400 som, tyle że za dwie osoby 🙂 – małe niedomówienie.

Poszukiwania sklepu z gazem w Biszkek

Doprowadzamy się do stanu używalności i spotykamy u Bożeny i Karoliny, gdzie omawiamy  plan działania na dzisiaj. Pierwszą sprawą jest załatwienie gazu do przenośnej kuchenki. Aby nie tracić czasu pojechaliśmy z Piotrkiem taksówką do sklepu górskiego Red Fox na ulicę Bayik-Baatyr 65 ( adres ze strony  sklepu i Lonely Planet ). Na drzwiach zastaliśmy kartę: “Magazyn przeniesiony na ulicę Ibrimovskią” 😀 – ta sama na, której mieszkamy ( właściwie jest to Abdykerim Sydykov St przy Ibrimovskiej, Biszkek, Kirgistan ). Jedziemy taxi pod nowy adres. Tam na szczęście nie ma już więcej niespodzianek i udaje się nam kupić go bez problemu.

Po powrocie zostawiam mały plecak z częścią rzeczy w recepcji.  Duży jedzie ze mną.

W drodze do Kanionu Konorchok

Dalej pada, niestety nie możemy sobie pozwolić na czekanie. Opuściliśmy hostel i marszrutką pojechaliśmy na Zachodni Dworzec Autobusowy w stolicy. Cena za przejazd 10 som/osoba. Marszrutki to zwyczajne busy,  kursujące na stałych trasach. Po mieście jeżdżą jak autobusy, zatrzymując się na żądanie.  Na dłuższe trasy ruszają ze stacji po zapełnieniu się. Na dworcu naganiacze i kierowcy zaczepiają nas z każdej strony, ale po krótkim “nie” po prostu dają nam spokój – co za kraj, nie trzeba się opędzać od naganiaczy :D.

Odnajdujemy stanowisko odjazdu do Karakol ( Bishkek – Krasny Most, cena 150 som/osoba, czas 3 godziny ). Byliśmy jednymi z pierwszych pasażerów więc trzeba było jeszcze poczekać na odjazd. Zdążyłem pójść do toalety, kupić camsa ( bardzo smaczne pierogi z mięsem 🙂 ), zapytać w kilku sklepach o kartę sim i kupić ziemniaki. Po co mi ziemniaki? Pani w zieleniaku też patrzyła na mnie ze zdziwieniem :). Pochodzę z Suwalszczyzny krainy ziemniaka. Od dłuższego czasu pieczone bulwy chodziły mi po głowie :). Mieliśmy nocować pod namiotami w Konorchok Canyon, więc byłyby jak znalazł.

Kanion leży na trasie z Bishkek – Karakol. Kierowca wysadził nas w Krasnym Moście – po środku niczego :). Kilku mężczyzn sprzedaje jakąś zieleninę. Jeden z Panów podszedł do nas i zagaił. Wypytał skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy podoba nam się Kirgistan itp..Dostaliśmy od niego kilka gałązek owej zieleniny z instrukcją jedzenia – ponoć bardzo zdrowa. Żegnamy się i ruszamy we wskazanym przez niego kierunku.

Trekking do Kanionu Konorchok

Trasa, którą szliśmy wiodła korytem rzeki. Było kilka małych przeszkód, ale nic nie do przejścia. Malownicze widoki towarzyszą nam przez dwie godziny marszu. Sam kanion jest “piĘĘĘkny”. Przypominał mi trochę Wielki Kanion w Kolorado ( widziany tylko na zdjęciach ). Jedzenie w plenerze, gruzińskie wino do obiadu, nieziemskie widoki – po prostu bajka :).

Planowaliśmy spędzić tam noc, ale pogoda nie zanosiła się zbyt dobrze. Było jeszcze sporo czasu więc postanowiliśmy wrócić. Gdyby zaczęło padać, wezbrana rzeka odcięła by nas na nie wiadomo jak długo.  Droga powrotna mija dużo szybciej. Mamy z górki – grawitacja jest po mojej stronie :).

Przy drodze postanowiliśmy odwdzięczyć się Panu za podarowaną “zieleninę”. Mimo upływu 5 godzin dalej ją sprzedawał. W ramach podziękowania dostał od nas kilka batonów, nie mieliśmy nic innego co mogliśmy oddać – głupio byłoby dać mu ziemniaki :D. Owa zielenina smakowała podobnie do rabarbaru. Lekko kwaskowata, lekko łykowata, ale była bardziej krucha. Została zjedzona cała – w końcu zdrowa organiczna żywność :).

Auto stop w Kirgistanie

Stajemy na poboczu drogi i zaczynamy zatrzymywać samochody. Marszrutki są pełne, ich kierowcy tylko przepraszająco machają rękoma i jadą dalej. Na szczęście jeżdżą też samochody osobowe. Zatrzymuje się rodzina z dziećmi, pierwsze jadą dziewczyny. My jeszcze trochę poczekaliśmy. W końcu po godzinie zatrzymało się dwóch chłopaków, którzy jechali do Balykchy ( punkt spotkania to Czalpon-Ata ). Podwieźli nas za 100 som od osoby. Jest ok 7.00. Najpierw trzeba zjeść coś ciepłego. W lokalnej jadłodajni zamawiamy laghman – narodowa potrawa, bardzo smaczna i co najważniejsze z mięsem :).

Mieliśmy zamiar dotrzeć jeszcze tego wieczora do dziewczyn, ale łapanie stopa słabo nam szło. Taxi kosztuje niebotyczne ceny ( nawet jak na nasze zarobki ). Zaczyna robić się ciemno. Nie ma sensu tracić sił. Piotrek namawia na spanie w meczecie. Ok,  idziemy tam zapytać o nocleg. Zostajemy odesłani z kwitkiem – nie jest prawdą, że w każdym muzułmańskim kraju wędrowiec może bez problemu spędzić noc w świątyni – przynajmniej nie w Kirgistanie.

Nie mamy wyboru, trzeba rozbić namiot. Najrozsądniejszym miejscem jest plac za stacją paliw. Ziemia twarda jak cholera, nie można wbić śledzi. Tropik przywiązuję do pobliskich krzaków i kamieni. Na nasze szczęście, że nie leniłem się tego zrobić. W nocy była nawałnica, słabo napięty tropik i tak hałasował, ale nie zmokliśmy. Z rana pytam Piotrka jak mu się spało podczas burzy. Odpowiedz bezcenna “jaka burza?”. Dobrze, że choć jeden z nas się wyspał. Pół nocy słuchałem grzmotów.

Balykchy

6.30 dalej pada, mimo to trzeba się zbierać. Pakujemy mokry namiot i idziemy na stację autobusową. Pierwsza marszrutka odjeżdża o  8. Sklepy i jadłodajnie jeszcze zamknięte. Trafiamy na shared taxi. Po 7 jesteśmy już w drodze ( Balykchy –  Czalpo-Ata 1.5h, cena 200 som/osoba ). W drodze Piotrek był tak głodny, że nawet przeprosił różowe orzeszki z Istambułu :D.

Miejscowość Czalpo-Ata

W Czalpo-Ata pogoda dalej nie jest ciekawa – mży. W drodze do dziewczyn, natrafiamy na otwarty sklep z telefonami, gdzie kupujemy karty sim. Jest już łączność ze światem. Następnie kierujemy się do jakże zapamiętanego przez nas pensjonatu Ala Too, gdzie ponoć nocowały dziewczyny. Po kilku kilometrach dotarliśmy do celu, który okazał się zamknięty. Wracamy  z powrotem do centrum w deszczu. Po poinformowaniu ich, że nie możemy ich znaleźć dostajemy smsa zwrotnego “spotkajmy się przy placu miejskim, obok restauracji sushi” – nic prostszego :D. Plac miejski, restauracja sushi – już lecimy, tylko w naszym przewodniku tego nie ma. Zapytane osoby, też nie mają pojęcia o co pytamy.

Ogólnie wyszło tak, że w miejscowości z jedną główną ulicą szukaliśmy się do godziny 12 i tylko przypadkiem spotkaliśmy się na jednej ze stacji autobusowej ( są przynajmniej dwa większe punkty odjazdów ). Wszyscy wkur… i na ten deszcz i na tą pogodę :). Straciliśmy połowę dnia chodząc z plecakami w deszczu.

Semyenovka rodzinny dom dziecka

Wsiadamy do shared taxi. Kierunek Semyenovka ( Czalpon-Ata – Semyenovka, czas 1h. Cena 75 som/osoba ). Znajduje się tam rodzinny dom dziecka. Wzieliśmy ich z zaskoczenia. Nie byli przygotowani na gości. Mimo to zostaliśmy bardzo miło przyjęci przez Svetlane i jej podopiecznych.  Dzieci, które poznaliśmy były otwarte i uśmiechnięte. Mieszkali w skromnych warunkach, ale dom były schludny i zadbany. Zostajemy ugoszczeni zupą fasolową, a na deser makowiec z konfiturą :). Było trochę głupio objadać dzieci, więc zachowaliśmy wstrzemięźliwość w jedzeniu. Wstępnie mieliśmy tutaj nocować, ale było jeszcze sporo czasu więc grupa większością zdecydowała, że jedziemy dalej (chciałem tam nocować). Zostawiamy im małe prezent: kolorowanki, kredki, trochę słodyczy, pieniędzy.

Baza wypadowa w Karakol

Ruszamy do Karakol ( Semyenovka – Karakol , cena 150 som/osoba ). Tam trafiamy do hostelu Jak Tur na ulicy Gagarina 10 ( cena 350 som noc/osoba ). Pokoje duże i przestronne. Łazienka znośna. Tutaj mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, przepakowanie się i wysuszenie namiotu.

Subtitle

Polacy w Kirgistanie

Wieczorem już w lepszych nastrojach wychodzimy zjeść kolację. W restauracji spotykamy Polaka ( przyznam się bez bicia nie pamiętam imienia ). Przyjechał on z Belgii na trekking. Jego celem, podobnie jak naszym jest jezioro Ala Kul w dolinie Altyn Arashan, tyle że wchodzi na nie z innej strony niż my. Podczas rozmowy mówi nam, że poznał w hostelu Polkę, która idzie z nim w góry. Pada propozycja spotkania się całą grupą na piwo. Owy Polak z Belgii poszedł po Zuzę ( jego towarzyszkę, imiona dziewczyn łatwiej zostają mi w pamięci 😀 ).

Po powrocie oznajmił nam, że niestety Zuza nie przyjdzie, spotkała parę Polaków i z nimi spędza wieczór :D. Miasto poza sezonem, a łącznie z nami była tam ósemka rodaków – jesteśmy wszędzie :).

Po kolacji żegnam się i każde idzie w swoją stronę. Polak do hostelu, my zahaczamy jeszcze o sklep. Podczas zakupów spotykamy wyżej wspomnianą Zuzę. Dziewczyna podróżuje sobie samotnie od 6 miesięcy po Azji Środkowej, jej kolejnym krajem jest Uzbekistan. Krótka miła rozmowa i wymiana uprzejmości, ale nie łapiemy wspólnego języka. Po zakupach wracamy do hostelu na zasłużony wypoczynek po długim dniu :).

Jak dojechać do doliny Altyn Arashan

4-go maja nasza czwórka wyruszyła na kilkudniowy treking do Altyn Arashan Valley. Nie do końca wiedzieliśmy ile zajmie nam przejście doliny i dotarcie do jeziora. Przewidywaliśmy 2/3 dni – wszystko zależało od pogody.

Zostawiliśmy część bagaży w hostelu Yak Tur i przed 8 skierowaliśmy się na bazar miejski w poszukiwaniu transportu. Żeby zaoszczędzić czas, chcieliśmy złapać 6 kołową podwózkę opisaną w przewodniku i pokonać 12 km samochodem (ponoć kierowca odjeżdża codziennie o 8 rano). Niestety nie znaleźliśmy jej, więc trzeba było poszukać marszrutki. Zostaliśmy skierowani do busa nr 350. Wysiedliśmy przy drodze prowadzącej do doliny – przed nami były 4 godziny marszu, ale zanim rozpoczęliśmy treking zjedliśmy śniadanie :).

Rozłożyliśmy się w pierwszym nadającym się miejscu. Herbata, kanapki i widok na przepędzane konie :). Pod koniec naszej uczty podjechała taksówka z dwójką turystów. Kierowca owego pojazdu wypytał nas skąd jesteśmy i przedstawił swoich pasażerów z Czech. Podczas naszej rozmowy podjechała kolejna taxi. Tym razem wysiadł jeden mężczyzna. Mały plecaczek, krótki rękaw i nic poza tym. Ruszył z kopyta, nie oglądając się za siebie :). Śmiałem się, że wchodzi zdobywać dolinę stylem alpejskim – szybkie wejście, szybkie zejście :).

My tymczasem dokończyliśmy jedzenie i ruszyliśmy wraz z Czechami. Początek trasy był dość płaski i trochę błotnisty. Później droga zaczęła piąć się w górę i błoto ustąpiło miejsca kamieniom. Dziewczyny zarzuciły szybkie tempo, nasza grupa rozciągnęła się na kilkaset metrów – każdy szedł swoim krokiem :). Międzyczasie dogoniliśmy “Alpejczyka”, który okazał się Szwedem. Cóż, że ze Szwecji – wydawał się OK. Nie jestem zbyt rozmowny, przynajmniej  dla tych, których nie znam i jedynie się pozdrowiliśmy :).

Mimo 4 godzin marszu i zmęczenia, cieszyłem się, że szliśmy pieszo. Naprawdę było co podziwiać. Piękne widoki, rzeka, gdzie nie gdzie konie. Pogoda nam dopisała. Było dość chłodno, choć świeciło słońce. Okazało się one zdradzieckie i spaliło nam niektóre części ciała :D. Po kilku dniach schodziła mi skóra z uszu, Piotrkowi z głowy, a Bożenie z nosa. Karolina chyba nie odniosła obrażeń – nie skarżyła się, przynajmniej nie dla mnie.

Pensionat Yak Turs

Po dotarciu do doliny zatrzymaliśmy się w Yak Turs Pension – coś w rodzaju schroniska. Jadalnia z kominkiem, na górze kilka pokoi, sauna do wynajęcia i gorące źródła :). Wypiłem herbatę, spytałem o warunki panujące nad jeziorem. Wiadomości nie były zbyt dobre, ponoć dzień przed nami dwójka Francuzów nie dała rady tam dotrzeć, przez ciągle zalegający śnieg. Spytaliśmy jeszcze o dość istotną kwestie dla mnie, a mianowicie gorące źródła. Właściciel wytłumaczył nam, gdzie możemy je znaleźć.

W 6 ( razem z Czechami ) poszliśmy sprawdzić jak wyglądają. Są to wybetonowane zbiorniki, leżące wzdłuż rzeki ok kilometra od ośrodka. Pierwsze były śmieszne, w kształcie serca, małe, płytkie, ze sporą ilością kijanek. Kolejne nie były lepsze, niezbyt duże i płytkie. Ostatnie źródło ” Grota” ( nazwał je tak właściciel ) było spore, zadaszone, tyle że nie było tam wody, a na dnie rosły glony i mieszkała żaba :). To nie mogło się tak skończyć, nie po to tu wychodziłem, żeby nie wymoczyć się w ciepłej wodzie. Wszedłem do basenu, pośliznąłem się – obyło się bez większych obrażeń.

Gorące źródła w Kirgistanie

Po bliższych oględzinach okazało się, że woda cały czas napływa do zbiornika, ale ucieka przez odpływ. Szorowanie butem usuwało glony, więc postanowiliśmy pozbyć się ich używając miotły zrobionej z gałęzi choinki, do tego kilka reklamówek wody z rzeki. Wszystko przyniosło pożądany efekt. Odpływ został zatkany jednorazówką i kamieniem.  Nie pozostało nam nic innego jak tylko czekać. Stwierdziliśmy, że 4 godziny wystarczą na napełnienie się zbiornika.

Wróciliśmy do ośrodka. Rozbiliśmy namioty i przygotowaliśmy obiad na kuchence gazowej. Kuskus, orzechy włoskie, fasola, przecier pomidorowy i kawior – smakowało jak niebo w gębie :). Po posiłku dziewczyny wybrały się na przechadzkę po dolinie, my poszliśmy do “Groty” nazbierać drewna na ognisko. Było go sporo na zboczach więc poszło nam dość sprawnie.

Uwolniliśmy żabę – niestety nie była to księżniczka :). Basen napełnił się po brzegi. Nie zastanawialiśmy się długo – wchodzimy :). Woda była ciepła, o to chodziło, od razu morale + 100 :). Mała rzecz, a cieszy. Po chwili usłyszeliśmy zbliżające się głosy. Pomyślałem będzie śmiesznie – jesteśmy nago i nie mamy ręczników :D. Owymi ludźmi okazali się Jana i Pawel ( Czesi ). Nie było ich trzeba namawiać do kąpieli. Rozebrali się i dołączyli do nas.

Po regeneracji, baliśmy się o zajęcie naszego miejsca, więc zdecydowałem się zostać i go pilnować. Reszta za to miała mi przynieść kolację, ubrania i ziemniaki na ognisko :). Pod ich nieobecność rozpaliłem ogień i ułożyłem kamienie ( nagrzane chcieliśmy wrzucić do wody, aby podniosły jej temperaturę ). Po 1.5 godziny dostałem małą porcje zupy  – nie spodziewałem się takiej głodowej racji :D.

Dziewczyny nie decydują się na kąpiel z nami. Po krótkiej chwili idą do namiotu spać. Za to my z Czechami nie odmówiliśmy sobie kilkugodzinnej kąpieli. Ognisko było dość spore, kamienie nagrzały się i spełniły pokładane w nich nadzieję :). Wieczór dopełnił Kirgiski koniak i pieczone ziemniaki –  spaliły się, ale i tak były pyszne :).

Ok. 11 wróciliśmy do namiotu spać. Niebo pełne gwiazd, za to noc była bardzo chłodna z późniejszymi opadami deszczu ze śniegiem.

Jak wyglądała noc pod namiotem w górach Kirgistanu?

Obudziliśmy się wymarznięci, do tego dziewczyny miały mały wypadek – zalało je. Śpiwór, buty i część ubrań. Oznajmiły, że po śniadaniu wracają do Karakol. Nie mieliśmy nic przeciwko, tyle że my chcieliśmy zostać jeszcze jeden dzień w górach. Umówiliśmy się, że pojutrze zejdziemy lub zjedziemy najszybciej jak się da i ruszymy do Jeti Ogush.

Plan trekingu nad Jezioro spalił na panewce. Z relacji Francuzów ( którzy okazali się Rosjanami ) wychodziło, że od strony doliny jest jeszcze sporo śniegu, który skutecznie utrudnia marsz, przez co nie udało im się dotrzeć. Po tych informacjach nie myśleliśmy nawet o wejściu tam – nie byliśmy przygotowani na śnieg, ba nie lubimy śniegu w maju :).

Nieudany trekking na szczyt

Po pożegnaniu porwaliśmy się na pobliskie 3800m, Czesi też mieli podobny plan jednak poszliśmy osobno. Zabraliśmy jeden plecak z jedzeniem i wodą. Bez mapy ruszyliśmy “Kozią ścieżką”, która nie była do końca szlakiem. Po drodze napotkaliśmy stada świstaków, tudzież zająca. Przechodziliśmy przez las i dotarliśmy na polanę, tylko że nie po tej stronie góry :D. Nie chciało nam się wracać. Piotrek miał już mokre buty od rosy ( dawały mu się we znaki od początku do końca wyjazdu ). Więc przerwa na herbatę i odpoczynek.

Po godzinie ruszamy dalej. Pod górę i przez krzaki. Wdrapaliśmy się na najniższy szczyt. Już mi się odechciało 3800m :D. Kolejna przerwa na jedzenie i opalanie – pogoda była aż za dobra. Piotrek też już odpuścił, ale ciągnął mnie w górę, bo nie chciał schodzić tą samą drogą. ” Podejdźmy jeszcze kawałek ” – mówił. Jak to w górach, za każdym kolejnym wzniesieniem jest następne i jeszcze jedno. Nie miałem już ochoty się wspinać. Druga strona zbocza nie wyglądała, aż tak źle, więc zacząłem schodzić. Nie było tragedii, choć raz myślałem, że utknęliśmy na urwisku :). Po bezpiecznym pokonaniu najgorszego odcinka, powyżej nas dostrzegamy schodzących Czechów. Czekaliśmy na nich na zboczu. Powiedzieli , że byli prawie na szczycie, ale odpuścili, bo Paweł nie czuł się najlepiej.

Po powrocie do ośrodka ugotowaliśmy kaszę, dołożyliśmy orzechy, fasole, przecier pomidorowy i piwo ze schroniska. Skończył się kawior, więc jedzenie nie było już takie dobre :). Krótka sjesta, po czym ruszyliśmy do “Groty”. Czesi już tam byli, dołączył do nich Australijczyk ( nie pamiętam imienia ). Wyruszył w kilkumiesięczną podróż po Azji. Miał zamiar kupić konia i podróżować nim po kraju. Opcja jest ciekawa, ale trzeba mieć twardy tyłek :).

Po kąpieli wszyscy umówiliśmy się na saunę.  Poprosiliśmy właściciela o przygotowanie jej na wieczór i o załatwienie zjazdu samochodem dla mnie i Piotrka.

Sauna w Golden Spa 😀

Sauna była ciekawa :). Bardzo mała i zawsze ktoś z naszej piątki musiał stać :). Nie było przedsionka i za dużo drewna na opał, więc temperatura była niska. Całkiem inaczej niż w na Suwalszczyźnie.  Mimo wszystko było to wesołe i ciekawe doświadczenie :D.

Podczas seansu rozpadało się, temperatura na zewnątrz bardzo spadła. Stwierdziliśmy, że na noc przeniesiemy się do pokoju Czechów i Australijczyka. Po ulokowaniu się na ziemi przyszedł czas na odpoczynek. Niestety na dole przy kominku trwała impreza. Przyjechała kilkuosobowa grupa Rosjan. Przywieźli ze sobą masę jedzenia, alkoholu i agregat ( w ośrodku nie było prądu ). Ze względu na deszcz wstawili go do środka. Spaliny unosiły się do góry i umilały nam spanie. Jaka była moja radość gdy usłyszałem nierówną pracę silnika. Miałem tylko nadzieję, że nie doleją więcej benzyny. Na szczęście motor zatrzymał się i nikt nie uruchomił go ponownie – nie byli już chyba w stanie :D.

Mimo, że byliśmy w budynku, noc nie należała do najcieplejszych. Z rana obudziłem się zmarznięty. Piotrka nie było w pokoju. Ewakuował się na dół – ponoć strasznie chrapałem :). Powiedział , że nawet bicie mnie nie pomogło. To na pewno była wina spalin :).

Po śniadaniu czekaliśmy na transport. Czesi zdecydowali się zjechać z nami Jeepem. W sumie było nas 7 osób. Z przodu kierowca, Pan i Pani z imprezy, z tyłu Ja, Piotrek, Jana i Pawel. Był to niezapomniany przejazd :). ( Altyn Arashan Valley – Karakol, czas 2 godziny z krótką przerwą, cena 300 som/osoba ).

Kirgistan Jeti Ogush

Po zjechaniu z doliny Altyn Arashan wróciliśmy do hostelu Yak Turs. Tak jak wcześniej ustaliliśmy, spotkaliśmy się tam z dziewczynami. Nie spodziewały się nas tak szybko, dlatego zaproponowały wyjazd tego samego dnia do Kochkor nad jezioro Song Kol  i odpuszczenie Siedmiu Byków ( opinie na blogach ponoć mówiły, że miejsce nie jest warte zobaczenia ). Jednak z Piotrkiem chcieliśmy sprawdzić to na własne oczy. Postanowiliśmy więc zostać. Umówiliśmy się z nimi za dwa dni w Naryn.

Jeti Ogush i Dolina Kwiatów

Popołudniu wraz  z Czechami pojechaliśmy taksówką do Jeti Ogush (100 som/osoba ). Żeby nie mieć późniejszych problemów z powrotem poprosiliśmy kierowcę o odbiór ok. godziny 17. Jana i Pawel mieli w planach nocleg w jurcie, więc tylko z Piotrkiem wracałem do Karakol.

Będąc jeszcze między zabudowaniami  pytaliśmy okolicznych mieszkańców o możliwość wynajęcia koni – chcieliśmy pojechać na nich do doliny. Niestety mimo ich szczerych intencji nie dali rady nic zorganizować – był tylko jeden, który nadawał się pod jazdę wierzchem. Było nas czworo, więc trzeba było iść pieszo.

Trekking do doliny kwiatów

Trasa nie była wymagająca. Szło się lekko, widoki też przyjemne.  Po drodze trafiliśmy na jaskinie ( wstęp 40 som/osoba ). Przed wejściem zauważyliśmy samochód. Od razu zapytaliśmy Pana kasjera, czy nie zawiózłby nas do doliny. Dogadujemy się co do ceny ( 200 somów/4 osoby ). Jednak wcześniej poszliśmy zobaczyć ową atrakcję. W kasie dostaliśmy dwie latarki i skierowaliśmy się we wskazanym kierunku. Po minucie byliśmy już przy schodach prowadzących w górę do wejścia. Wyglądało obiecująco. Jednak po przejściu 20 metrów natrafiliśmy na ścianę – koniec wycieczki :). Ot i cała jaskinia :). Mimo wszystko rozśmieszeni wróciliśmy do Kasjera, wsiedliśmy do wysłużonej Lady (samochód raczej nie miał badań technicznych  ) i zostaliśmy przewiezieni do doliny.

Ukazała się nam zielona przestrzeń i konie :).  Choć nikt oprócz mnie wcześniej nie jeździł ( moje umiejętności jeździeckie również nie należały do najlepszych ), wszyscy decydują się na przejażdżkę :). Z pasterzami ustaliliśmy cenę 300 som/godzina. Panowie próbowali złapać nam pasące się wierzchowce, jednak nie szło im zbyt dobrze i po kilku nieudanych próbach oddali nam swoje :).

Jazda konno w Kirgistanie

Jazda szła dość opornie. Konie nie słuchały nas, kierowały się raz w lewo, raz w prawo, albo stały w miejscu :D. Na szczęście dwóch młodych pasterzy ( 10 i 20 letni ) przyszło nam z pomocą i towarzyszyli nam przez cały czas. Bez nich nie dalibyśmy rady dużo ujechać.

Po godzinie jazdy w głąb Doliny Kwiatów nadszedł czas powrotu. Przez to, że nie udało nam się wjechać wierzchem postanowiliśmy zjechać z niej do miasta. Konie nie były zbytnio zachwycone tym pomysłem- stawiały opór :). Za nami pieszo podążali pasterze, aby zabrać je z powrotem na pastwisko. Po dotarciu na miejsce w trakcie rozliczania dwa ogiery zaczęły  ze sobą walczyć ( dobrze, że byliśmy już na ziemi ). Wszyscy lekko się przestraszyli ( łącznie z pasterzami ). Na szczęście dwóch starszych jeźdźców w porę je rozdzieliło. Obyło się bez obrażeń u ludzi i koni.

Pożegnaliśmy się najpierw z pasterzami, później z Czechami, a sami wsiedliśmy do czekającej już taxi. W drodze powrotnej nastąpiła mała awaria przedniego koła. Odkleił się bieżnik z opony i zaczął uderzać o nadkole. Kierowca odciął luźny kawałek nożem i ruszyliśmy dalej. Naprawa nie powiodła się, bo już po kilkudziesięciu metrach ponownie usłyszeliśmy hałas. Trzeba było dokonać wymiany tylnego koła na przednie, a na tył został zamocowany zapas. Międzyczasie skorzystaliśmy z chwili i zrobiliśmy kilka zdjęć z rosnącą na poboczu marihuaną :D. Były to młode rośliny. Pierwszy raz widziałem tak dużą ilość krzaków w jednym miejscu, w dodatku tak blisko miasta :).

Po dotarciu na miejsce odwiedziliśmy kilka miejskich pomników, zjedliśmy kolację. Trafiliśmy na jeden polski akcent, mianowicie plakat ” Moda Polska “. Czasami zastanawiam się jak takie rzeczy trafiają tak daleko :). Miasto nie jest duże i najlepsze co ma do zaoferowania to góry wokoło :).

Wieczorem postanowiliśmy, że następnego dnia ruszamy do Kochkor – miejscowości wypadowej nad jezioro Song Kol, ale naszym celem był mniejszy zbiornik Kol Ukok.

Jak dostać się do Kochkor

Naszym następnym celem była miejscowość Kochkor – bardzo dobre miejsce wypadowe nad jezioro Sok Kul i Kol Ukuk. Większość marszrutek jeździła i pewnie dalej jeździ północną stroną jeziora, czyli przez: Cholpon-Ate i Balykchy. Chcieliśmy zobaczyć drugi brzeg, chociaż przez szybę, dlatego złapaliśmy busa jadącego południową stroną przez: Tosor i Bokonbaevo. Obie drogi łączyły się w Balykczy ( jak się okazało był to spory węzeł komunikacyjny, gdzie mieliśmy przyjemność spędzić pierwszą noc pod namiotem).

Trasa Karakol – Balykchy była ciekawa. Prawa strona to jezioro, lewa góry. Mijane miejscowości były malutkie i leżały w dość dużych odległościach od siebie. Po drodze minęliśmy kilka pomników. W miejscach dość specyficznych, bo sporo za jakimikolwiek zabudowaniami. Znajdowały się nad brzegiem jeziora, tudzież na jakiejś górce. Tu jakiś Lenin, gdzie indziej orzeł, a jeszcze w innym miejscu Gagarin :).

Balykchy mieliśmy 30 min przerwy. Okazało się, że nie ma bezpośredniego połączenia i musieliśmy się przesiąść ( takie małe niedomówienie ze strony kierowcy  ). Droga z przesiadką zajęła nam 3 godziny/ 500 som osoba.

Dostaliśmy informację od dziewczyn, że ruszyły na treking do Sok Kul. Wykupiły wycieczkę przez biuro CBT ( Kyrgyz Community Based Tourism Association ). Zapłaciły 3000 som za osobę. W cenę wliczony był przejazd w obie strony, nocleg, kolacja ze śniadaniem. Poszliśmy sprawdzić koszt naszej wycieczki nad jezioro Kol Ukok. Cena była wysoka, bo 8000 som/osoba, za prawie taki sam pakiet usług. Mieliśmy doliczoną jazdę konną w obie strony. Podziękowaliśmy za wyliczenia i postanowiliśmy pojechać tam na własną rękę.

Mimo, że nie skorzystaliśmy z oferty biura, obsługa była bardzo pomocna. Udzielili nam informacji na wszystkie zadane pytania i to bardzo dobrym angielskim :). Pytaliśmy skąd zacząć treking, jak długo trwa, czy jest tam jurta i konie, czy nad jeziorem jest śnieg. Pan skierował nas do miejscowości Bolshewiki, poradził dojechać dojechać tam taxi. Szacowany czas marszu to ok 5-6 godzin, ale na miejscu ponoć była jurta, możliwe że konie. Śniegu miało nie być, ale jezioro ponoć było zamarznięte w 90% :).

Treking nad jezioro Kol Ukok

Przed drogą zrobiliśmy małe zakupy, zjedliśmy po czym wytargowaliśmy taxi do Bolszewik ( cena 200 som/2 osoby ). Treking rozpoczęliśmy  o 15.05.  Droga była malownicza, choć krajobraz był bardziej suchy niż w dolinie Altyn Arashan. Spotkało nas kilku pasterzy. Zadawali nam zwyczajowe pytania: skąd jesteście, gdzie idziecie, czy podoba się wam Kirgistan? Raz byliśmy po prostu obserwowani – bez zbędnej gadaniny :D. Podjechał do nas pasterz, popatrzył się na nas, pokręcił się w koło na koniu i bez słowa odjechał :).

Do jurt dotarliśmy o 18.40. Zostaliśmy przywitani przez gospodarza i jego dzieci. Ustaliliśmy cenę noclegu, jedzenia i jazdy konnej. Musiała ona jeszcze zostać ostatecznie potwierdzona przez żonę gospodarza :). Podobnie jak w Polsce w większości związków kobieta ma ostateczne zdanie :).

Rodzina ta żyje z dwójką dzieci w bardzo skromnych warunkach przez cały rok. Mają małą chatkę z cegieł. W zimie są odcięci od reszty świata. Opałem jest brykiet z odchodów zwierzęcych, które są ubijane przez stada koni trzymane w zagrodzie w okresie wypasu. W lato zaś suszy się je na słońcu.  Żyją spokojnie swoim rytmem, bez udogodnień cywilizacyjnych – nie mają nawet wychodka. Do momentu tego trekingu mieliśmy możliwość załatwiania potrzeb fizjologicznych chociażby osłonięci z trzech stron ( toalety nie zawsze miały drzwi :D, ale zawsze były przepiękne widoki  ). Tam nie ograniczały nas nawet trzy ściany, mieliśmy wolność wyboru i równie piękne krajobrazy :).

Gospodyni zatwierdziła cenę. Noc w jurcie, kolacja, śniadanie i jazda konno kosztowała nas 1325 som/osoba ( troszkę mniej niż CBT  i cała kwota trafiła bez pośredników do gospodarzy). Warunki w jurcie tak jak w chatce były skromne. Mimo, że jest to coś w rodzaju namiotu. Noc była bardzo ciepła i wygodnie się spało. Nie pamiętałem kiedy ostatni raz tak odpocząłem :).

Jazda konna w górach Kirgistanu

Rano na śniadanie dostaliśmy: kaszę mannę na mleku, chleb z masłem i dżemem malinowym. Wszystko popite dużą ilości herbaty. Posiłek skromny, ale bardzo smaczny i nie ciążył na żołądku.

O 8.15 wyruszyliśmy konno nad jezioro. Wierzchowce były lepiej ułożone niż te, na których jeździliśmy w Jeti Ogush. Droga stopniowo zamieniła się w wąską ścieżkę. Koń Piotrka lekko się spłoszył i poślizgną się, przez co Piotrek wpadł w jakieś kolczaste krzaki. Po tym incydencie postanowiliśmy  prowadzić je przez najwęższy odcinek. Dróżka zrobiła się jeszcze bardziej stroma, nie chcąc ryzykować zdrowia koni przywiązaliśmy je do kamieni i ostatni kawałek pokonaliśmy pieszo.

Po 20 min marszu dotarliśmy do naszego celu. Jezioro, było częściowo wyschnięte, przez co było podzielone na dwie części, które były jeszcze pokryte lodem. Krajobraz robi wrażenie. Cisza, spokój, wokoło stada koni i świstaki. Czysta przyjemność. Wyjazd nad jezioro i powrót zajął nam 3 godziny.

Zejście z Kol Ukok do Kochkor

Po powrocie do jurty pożegnaliśmy się z gospodarzami i o 11.25 ruszyliśmy do miasta. Droga w dół przebiegła o wiele szybciej i lżej. Dotarliśmy tam na 16. Po powrocie do cywilizacji dostaliśmy smsa od dziewczyn. Poinformowały nas, że są już w drodze powrotnej do Kochkor, więc postanowiliśmy na nie zaczekać i razem udać się do Naryn.

Tym razem odnaleźliśmy się bez problemu :). Udaliśmy się na stacje autobusową znaleźć jakiś transport. Tutaj ciężko było zbić cenę ustaloną przez taksiarzy. Zapłaciliśmy 250 som za osobę w shared taxi. Jechało z nami jeszcze dwoje młodych Kirgizów. Mimo 2 godzin jazdy czas szybko upłyną. W międzyczasie były zdjęcia i picie Kumusu na postoju :). Narodowy Kirgiski trunek jest dość specyficzny :), pozostaje w pamięci na długo. Ciężko nawet opisać ten smak :). Sfermentowane, lekko słone mleko z lekką nutą koniny :). Małymi łykami dało się to wypić, ale nie w dużych ilościach.

Naryn byliśmy dość późno. Nie wiem nawet w jakim miejscu zatrzymaliśmy się na noc. Za to w pamięci zapadła mi cena 800 som/osoba – jak do tej pory był to mój najdroższy nocleg.

Po dość długim i intensywnym dniu wszyscy byli padnięci. Nie mieliśmy zbytnio siły i ochoty na rozmowy. Ustaliliśmy jedynie godzinę zbiórki, po czym wszyscy poszli spać.

Szukanie transportu z Naryn do Osz

Po odespaniu trekingu i podróży oraz spakowaniu się, wraz z dziewczynami wyszliśmy szukać transportu do Osh. Aby tam dojechać musieliśmy dotrzeć do Kazarman, później do Jalal Abad i Osh.

Na nasze nieszczęście 9 maja to kirgiskie święto narodowe i z rana nie jeździły marszrutki, za to dość sporo taksówkarzy zatrzymywało się i oferowało swoje usługi. Jeden z nich zaproponował nam podwózkę w miejsce, z którego miały odjeżdżać busy. Zostaliśmy przewiezieni na wylotówkę. Podczas jazdy Pan zaśpiewał Piotrkowi piosenkę miłosną :D.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie jechało tam nic w naszym kierunku. Pytaliśmy w pobliskich sklepach o możliwość załatwienia transportu. Panie ekspedientki wykonały kilka telefonów, niestety nie dały rady nic załatwić. Postanowiliśmy wrócić do centrum. Władowaliśmy się do już i tak przeładowanej marszrutki. Kierowca mimo to zatrzymywał się na każdym następnym przystanku i zabierał wszystkich pasażerów. Pod koniec stałem miedzy nogami siedzącej starszej Pani, w dodatku przyciśnięty do szyby :D. Po wyjściu z puszki odetchnąłem z ulgą :). Na stacji autobusowej udało nam się znaleźć shared taxi, jednak nie było możliwości zbicia ceny. Pan który ją z nami negocjowała, gdy dowiedział się o naszych planach przejazdu przez Góry Fergańskie ( Kaldama Pass 3062 m.n.p.m ) do Osh uśmiechną się w sposób mówiący “jedzcie, ale i tak nie przejedziecie”.

Kazarman

Trasa do Kazarman wijącymi się drogami trwała ponad 2 godzin. Widoki były imponujące. Po dotarciu do wioski kierowca znalazł nam drugi środek transportu ( nie jechał już dalej ). Cena 5000 som była dla nas nie do przyjęcia. Popytaliśmy o transport w pobliskim sklepie i udało nam się znaleźć kierowce za 2400 som. Cena jak najbardziej do zaakceptowania. Umówiliśmy się na wyjazd o 16. Przed drogą chcieliśmy jeszcze zjeść obiad i trochę rozprostować kości.

W miejscowości trwał festiwal. Masa straganów z jedzeniem, zabawy i muzyka. Zdecydowaliśmy się jednak na pobliska restauracje. W lokalu z głośników leciała europejska muzyka – świętowano wszędzie :). Dziewczyny jak zwykle zamówiły jajka i sałatkę. Ja z Piotrkiem pielmieni, surówkę i piwo – idealna kompozycja smaku :D.

Przejazd Kaldama Pass

O 16 stawiliśmy się na umówione miejsce. Pojawił się Pan kierowca z ciężarną Panią. Myślałem, że ruszymy od razu, ale trzeba było jeszcze załadować busa butlami gazowymi i łopatą ( na wszelki wypadek, gdyby droga była nieprzejezdna ). Później odwieźliśmy ciężarną Panią, jeszcze gdzie indziej kierowca zostawił kilka butli gazowych i wziął kolejnych pasażerów. W końcu po godzinie jeżdżenia i czekania ruszyliśmy. Bylem nieźle wkurzony ( lekko mówiąc ). Straciliśmy sporo czasu, no ale jak to powiedziała Bożena “w końcu to Kirgistan, nie przyzwyczaiłeś się jeszcze?”, no właśnie jeszcze nie!

Siedzieliśmy już wygodnie w swoich pokojach w Hostelu Molmol 800 som/osoba. Postanowiliśmy jednak wyjść z dziewczynami na miasto, strasznie się rozpadało. Podjęliśmy decyzję, że pójdziemy z Piotrkiem tylko po wino i wrócimy do pokoju. Trochę nas zlało, ale czego się nie robi dla dobrego gruzińskiego wina :). Wieczór upłyną szybko w miłym towarzystwie :).

Gdzie zatrzymać się w Osz

Zwiedzanie Osh nie było intensywne. Trekingi i ciągłe przemieszczanie się dały  nam mocno w kość. Postanowiliśmy zwolnić tempo i trochę odpocząć.

Z rana po odespaniu emocjonującego przejazdu przez góry ruszyliśmy z Jalal Abad do Osz ( czas 2 godziny, cena 120 som ). Trafiliśmy do hostelu Bayana Guesthouse. Cena 500 som za osobę w pokoju dwuosobowym. Warunki przyzwoite, Pani właścicielka była bardzo miła i pomocna. Poproszona zrobiła nam nawet pranie :). Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że drugiego dnia nie było wody – nawet w toalecie :D. Mimo to miło wspominam ten hostel i cieszę się, że spędziłem tam czas :).

Atrakcje w Osz

Po krótkim odpoczynku wyszliśmy na miasto. Była lekka pomyłka w stronach świata i poszliśmy w odwrotnym kierunku – podróżnicy za dychę :D. Po zorientowaniu się ruszyliśmy we właściwą stronę do centrum. Od początku dnia pogoda nas nie rozpieszczała, było dość ciepło, ale niestety pochmurno i mżyło.

Pierwszym punktem były Salomon’s Throne. Wejście jest płatne, jednak jest to symboliczna suma 5 som. Góra znajduje się w centrum miasta. Roztaczała się  360-stopniowa panorama. Mżawka skutecznie  ograniczała nam widoczność. Na szczycie znajduje się Dom Babura. Pierwotnie była to pustelnia z 15 wieku. Została ona jednak dwukrotnie zniszczona: raz przez trzęsienie ziemi, drugi raz przez wybuch. Obecny budynek to metalowa konstrukcja z 1990 roku. Na zboczu znajduje się również Muzeum Jedwabnego Szlaku – było ono niestety zamknięte. U podnóża góry znajduje się meczet i muzułmański cmentarz. Przeszliśmy przez cmentarz, ale  do świątynie nawet nie próbowaliśmy wejść – w końcu byliśmy niewierni.

Bazar w Osz

Po śniadaniu ( kolejny raz jajka, nic innego nie było w restauracji  ) wybraliśmy się na Bazar Osh. Kolorowe miejsce. Bardzo dużo chińszczyzny. Mimo sporej ilości plastiku bazar przypadł mi do gustu :). Najbardziej spodobała mi się część metalowa. Pełno śrubek, śrubeczek, rur, piast, kabli i wszelkich innych ustrojstw, nowych jak i zardzewiałych. Większość bardzo starannie ułożona, ale nawet te rzucone na kupę komponowały się w jedna całość i tworzyły ciekawe kompozycje.

Każdy z nas zwiedzał to co chciał. Powoli,  swoim tempem. Z czasem rozdzieliliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Co jakiś czas w labiryncie straganów trafialiśmy na siebie :). Na sam koniec spotkałem Piotrka. Razem trafiliśmy na część warzywną, gdzie znajdował się również bilard. Zostaliśmy zaproszeni do gry, jednak odmówiliśmy i skończyło się na zwyczajowych pytaniach: skąd jesteście i czy podoba się wam Kirgistan? Odpowiedzi były zawsze te same: jesteśmy z Polski i tak, podoba się nam Kirgistan. Ludzie zawsze się wtedy uśmiechali :).

Po kilku godzinach zwiedzania odezwały się nasze żołądki. Usiedliśmy w restauracji pośrodku bazaru. Gęsty dym unosił się z palonego grilla, z reszta na całym targowisku było go czuć. Na pierwsze danie zamówiliśmy zupę z solidna wkładką z baraniny. Kolejną pozycją był szaszłyk z kurczaka i piwo. Potrawy przyrządzone na żywym ogniu smakowały wyśmienicie :). Piotrek okazał się francuskim pieskiem ( sam określał tak dziewczyny, które jadły tylko jajka i kaszę mannę   ). Nie dał rady zjeść wybornej baraninki, przez co miałem dwa kawałki dla siebie – Arek je wszystko, co nie ucieka z talerza :).

Muzeum Osz

Z bazaru wróciłem sam, Piotrek wpadł w szał zakupów :), a Bożena i Karolina skończyły zakupy jeszcze wcześniej. Po krótkim odpoczynku w hostelu wraz z dziewczynami wyszliśmy do muzeum. Nie zobaczyliśmy nic :D. Dziewczyny nie zdecydowały się na wejście, a mi po całym popołudniu spędzonym na zakupach, aż tak specjalnie na tym nie zależało.

Z rana czekał nas całodniowy przejazd do Bishkek. Po kolacji wieczór poświęciliśmy na pakowanie się. Za każdym razem ciężej było mi się zmieścić. Z upływem dni w podróży rzeczy nie były już tak ładnie poskładane jak na początku i ciągle ubywało mi miejsca :).

Przejazd z Osz – Bishkek

Skoro świt ( o 7  ), zaczęliśmy ostatnie przygotowania do przejazdu na trasie Osh – Bishkek. Nie było tego dużo, musieliśmy jedynie dopakować resztę rzeczy, zjeść śniadanie, zdać klucze, a później cierpliwie czekać na zamówiony samochód. Założyliśmy, że kierowca i tak będzie spóźniony, więc nie śpieszyliśmy się. Zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni :). Przed 9 pojawiła się trzydrzwiowa Honda Civic :). Nasze plecaki ledwo zmieściły się do małego bagażnika. Z tyłu było trochę ciasno, ale jakoś daliśmy radę :).

Odcinek Osz – Ozgon

Osz do Ozgon nie było szczególnych widoków.  Prawdziwa jazda zaczęła się później. Droga przebiegła spokojnie i bez nerwów – nie tak jak w przypadku przejazdu z Naryn do OszByło jedynie trochę niewygodnie, ale za to widoki rekompensowały nam ścisk :).

Często napotykaliśmy na przeganiane stada koni, krów i owieczek. Wyprzedzanie odbywało się bez pośpiechu i z głową. Każdy znał swoje miejsce na drodze, choć nieraz trzeba było użyć klaksonu, aby przegonić bardziej wyluzowane zwierzaki maszerujące środkiem drogi :).

Osławiony tunel na tej trasie przytłacza  i to dosłownie. Kurz, spaliny i słabe oświetlenie. Nawierzchnia w kiepskim stanie, a system odprowadzania spalin ( o ile taki w ogóle tam był ) pozostawiał wiele do życzenia :). Przejazd pod górami i późniejszy zjazd serpentyną we mgle między ciężarówkami bezcenny  – za wszystko inne zapłacisz dolarami :).

Zatrzymaliśmy się kilka razy na toaletę i obiad. W przydrożnym lokalu wychodek był porządny, ale w miejscach mniej uczęszczanych dziewczyny musiały zadowolić się toaletami bez drzwi, ale za to z przepięknymi widokami :).

Kirgiskie przysmaki samsa

Podczas przerwy na jedzenie, trafiliśmy na produkcję Samsy. Jest to coś w rodzaju dużych zapiekanych pierogów nadziewanych farszem z mięsem, cebulą i innymi składnikami ( nie wnikałem za bardzo co się tam znajduje, nie uciekało mi z talerza i nie było surowe  ). “Pierogi” były dość tłuste, za to dobrze przyprawione – bardzo mi smakowały :). Po złożeniu zamówieniu na jajecznicę okazało się, że skończył się gaz na kuchni i nie było mowy o smażeniu. Do wyboru mieliśmy tylko jajka na twardo ( ugotowane wcześniej ), chleb, chili i Samsa prosto z pieca. Dziewczyny pozostały przy jajkach, ale Piotrek skusił się na jedną Samse – podobnie jak ja. Po sytym posiłku można było ruszać dalej.

Droga z postojami zajęła nam 10 godzin. Cena 1200 som/osoba. Trasa bardzo malownicza i bardzo szybko zleciała na rozmowach z kierowcą. Był on ciekawy naszego świata tak samo jak my jego. Ogólnie uważał, że życie na zachodzie jest lepsze. Zgodzę się co do jednego na pewno jest łatwiejsze, ale nie jestem taki pewny czy lepsze. Przez dwa tygodnie pobytu w Kirgistanie widziałem więcej uśmiechniętych ludzi niż w Europie przez rok.

Park Ala Archa

Po przyjeździe do stolicy noc spędziliśmy w tym samym hostelu, w którym spotkaliśmy się pierwszego dnia z dziewczynami. Tym razem dostaliśmy apartament z balkonem :).

Po śniadaniu wybraliśmy się do Parku Ala Archa. Najpierw marszrutką 114 za 10 som podjechaliśmy pod Osz Bazar. Tam złapaliśmy kolejnego busa nr 265. W trakcie poszukiwania transportu, chciałem skrócić sobie drogę, niestety w trawie nadziałem się na wystający pręt i rozwaliłem sobie piszczel ( obyło się bez większych obrażeń  ). Po godzinie jazdy dotarliśmy do przystanku końcowego – skąd mieliśmy jeszcze spory kawałek do naszego celu. Pan kierowca zaproponował podwózkę pod samą bramę ( oczywiście odpłatnie, całkowity koszt przejazdu z Bishkek do szlabanu parku 100 som/osoba ). Wstęp do rezerwatu kosztował 80 som od osoby.

Trekking do doliny Ala Archa

Po kilku godzinach marszu drogą dotarliśmy do resortu Alplager. Odpoczęliśmy krótką chwilę po czym ruszyliśmy w stronę wodospadu oddalonego ok. 1.5 godziny od resortu. Dojście tam + powrót do  Bishkeku zająłby nam ok. 6 godzin. Ze względu na ograniczony czas ( tego samego dnia musieliśmy wrócić do stolicy ) od razu założyliśmy, że idziemy tylko 30 min w tamtym kierunku i wracamy. Wraz z Piotrkiem woleliśmy poopalać się na słońcu i poleżeć na kamieniu. Dziewczyny nazwały nas warszawskimi  turystami :D. Gdybym miał jakiś cel na końcu drogi szedłbym dalej, ale iść przed siebie żeby iść to nie dla mnie :). Wolałem odpocząć 🙂

W drodze powrotnej Bożena i Karolina odsadziły nas na dobrych kilka kilometrów. Buty Piotrka dały mu ostro popalić ( swoją drogą jeszcze je ma  ), byliśmy daleko za nimi. Piecia oznajmił, że będzie łapał stopa. Ja ruszyłem dalej, dystans między nami powoli się zwiększał – zostawiłem go w tyle. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymał się obok mnie samochód, właśnie z Piotrkiem w środku. Pan podwiózł nas kilka kilometrów. W  momencie gdy zobaczyliśmy dziewczyny poprosiliśmy o zatrzymanie się i dołączyliśmy do nich ( mieliśmy jeszcze kawałek do przejścia ). Powrót do Bishkek przebiegł sprawnie, trudności napotkaliśmy dopiero w centrum chcąc złapać marszrutkę w okolice naszego hostelu na ul.Moskiewską. Nie mogliśmy odnaleźć właściwego postoju, na szczęście zanim całkiem straciliśmy cierpliwość udało nam się trafić we właściwe miejsce.

Wieczór upłynął nam na pożegnaniu dziewczyn, które kończyły swoją przygodę z Kirgistanem. Nam zostały jeszcze dwa dni na zwiedzanie Biszkek i okolic.

Wieża Burana

Po wspólnym śniadaniu żegnamy się jeszcze raz z dziewczynami. Ja ruszyłem do Tokmok ( Piotrek odpuścił sobie wieże ). W drodze na Wschodni Dworzec Autobusowy zahaczyłem o Plac Zwycięstwa, kluczyłem jeszcze po okolicy chcąc dostać się do ciekawej budowli górującej nad innymi budynkami w okolicy. Wieże które widziałem okazały się nowo budowanym meczetem i niestety nie było tam wstępu, prace budowlane wciąż trwały.

Marszrutką 353 Expres dotarłem do Tokmok. Z miejsca rzucili się na mnie taksówkarze. Chcieli z miejsca zgarnąć mnie do Burany, jednak ja miałem inny plan. Najpierw chciałem zjeść i wypić herbatę. Uczynny taksówkarz, bezinteresownie zaprowadził mnie do lokalnej restauracji :). Tam zjadłem, napiłem się i dodatkowo dostałem propozycje małżeństwa z kelnerką:). Swoją drogą Kirgizki to piękne kobiety. Skończyło się tylko na posiłku – nie szukam jeszcze żony :).

Po jedzeniu zaczęło się targowanie. Początkowo kierowca chciał 1200 som. Jako, że nie okazałem się Amerykaninem, a biednym Polakiem stanęło na 600 somach za przejazd w obie strony. Stawka jest za kurs, nie za ilość osób, więc jadąc większą grupą koszty są mniejsze.

Dojazd do Burany zajął ok. 15 min. Wejście na wierzę kosztuje 60 som. Jeśli ktoś nie ma ochoty na nią wchodzić i płacić może za darmo pochodzić wokół niej. Podczas mojej wizyty było tam kilka wycieczek szkolnych, jedna wojskowa + turyści indywidualni jak ja, czyli całkiem sporo ludzi. Musiałem chwilę poczekać w kolejce. Widok był ładny, choć w około były tylko pola, w oddali zaś było widać zarys gór Ala Too. Bardziej interesujące okazały się nagrobki poukrywane w wysokiej trawie obok wieży zwane balbals. Znajduje się tam również sklepik w jurcie i muzeum z kilkoma wykopaliskami. Po godzinie chodzenia i fotografowania wróciłem tą samą taxi na dworzec, tam od razu złapałem marszrutkę 353 Expres do Bishkek ( przejazd 1h, cena 50 som ).

Było dość wcześnie więc pochodziłem jeszcze po mieście. Przeszedłem przez Pobeda SquereDubovy Park,  Biały Dom i Ala Too Squere. Miejsca ciekawe, z dużą ilością drzew, kwiatów i fontann :).

Bazar Osz w Biszkek

Były to nasz ostatni dzień w Kirgistanie. Wylot do Istambulu mieliśmy dopiero o 6 rano następnego dnia, więc było  jeszcze sporo czasu na zwiedzanie.

Zaraz po śniadaniu wybrałem się na Bazar Osh. Tak jak wcześniej dojechałem tam marshrutką 114. Targowisko podzielone było tematycznie ( podobnie jak w Osh ): ubrania i materiały, plastik, przyprawy, warzywa i owoce, część metalowa. Nie jestem w stanie zdecydować, który z nich jest ładniejszy. W Osh najbardziej podobała mi się część metalowa, w stolicy zaś dział z przyprawami :). Są do one do siebie podobne, a zarazem tak różne :).

Targ były interesujący – pomijając chińszczyznę oczywiście :). Panował tam kolorowy zawrót głowy. Przyprawy, suszone owoce i orzechy tworzyły proste, ale bardzo kolorowe kompozycje – niby nic wielkiego, ale dla mnie było pięknie :). Po dwóch godzinach wróciłem do hostelu ze sporą ilością przypraw i kilkoma metrami kwadratowymi materiału, a wszystko za 30 zł.

Poszukiwania ogrodu botanicznego w stolicy

Tego dnia kończyła nam się rezerwacja i o 11 musieliśmy wymeldować się do z pokoju. Spakowaliśmy się, zdaliśmy klucze i zostawiliśmy plecaki w recepcji. Mając jeszcze cały dzień postanowiłem pójść do Ogrodu Botanicznego. Piotrek chwile mi towarzyszył, ale po kilometrze stwierdził, że mu się nie chce i wraca do centrum – buty cały czas dawały mu popalić ( dobre obuwie w podróży to podstawa ). Rozdzieliliśmy się i umówiliśmy się na telefon.

Po kilkudziesięciu minutach dotarłem do Dworca Kolejowego. Budynek jak to budynek, nie zrobił na mnie większego wrażenia, więc zainteresowałem się parkiem leżącym naprzeciwko. Zacząłem robić zdjęcia i od razu za mną pojawił się stróż prawa. Zakazał mi fotografowania dworca. Mimo, że nie interesował mnie ten obiekt. Nie chciałem sprawdzać jego cierpliwości. Grzecznie schowałem aparat i czym prędzej poszedłem w swoją stronę – nie chciałem stracić zdjęć. Poszedłem wzdłuż torów, żeby skrócić sobie drogę, ale jak to zawsze w moim przypadku bywa efekt był odwrotny do założenia.

Kluczyłem między blokami szukając przejścia przez torowisko. Niestety nie znalazłem go i musiałem wrócić się do dworca i tam przejść kładką nad torowiskiem. Po 50 min w słońcu ( był to bardzo słoneczny dzień ) dotarłem w końcu do bram ogrodu. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że był on zamknięty :D.

Można tam wejść jedynie po wcześniejszym umówieniu się w Narodowym Instytucie Nauk – szkoda, że  nie wiedziałem o tym wcześniej, zaoszczędziłbym sobie drogi :). Przez bramę było widać jedną ścieżkę pomiędzy drzewami i ani śladu kwiatów. Ogród chyba trochę odbiegał od mojego wyobrażenia. Myślałem, że będzie tam jak w centrum: sporo kwiatów, drzew i fontann – niestety przeliczyłem się. Było dużo zieleni, ale był to raczej busz, aniżeli zadbany teren.

W centrum Biszkek

Nie miałem już ochoty na spacer w słońcu. Poszedłem na najbliższą ulicę Mir Avenu złapać marshrutkę. Za 10 som podjechałem na ulicę Chui i skierowałem się na Plac Ala Too. Siedząc na ziemi z aparatem w ręce obserwowałem fontanny i ludzi. Niespodziewanie zagaiła do mnie Kirgizka, która szukała fotografa  – miło, że pomyślała iż ja mogę nim być :).

Fotografowie, których jest sporo na placu wykonują zdjęcia portretowe do dokumentów lub zwykłe na tle fontann. Umawiają się z klientem na telefon i po kilku godzinach można odebrać gotowe odbitki. Nurkyzza ( nowo poznana koleżanka ), w trakcie rozmowy powiedziała, że szuka węża. Zaskoczyła mnie po całej linii i delikatnie mówiąc byłem też trochę rozbawiony :).  Okazało się, że jest asystentką w agencji reklamowej i jej szef szukał gada do nowego zlecenia :). Ponoć któryś z fotografów na placu ma owego gada.

Po chwili rozmowy dołączył do nas Piotrek i we trójkę poszliśmy do restauracji napić się czegoś orzeźwiającego. Było popołudnie i ciężko było wytrzymać na zewnątrz – a ze słów Nurkyzzy był to dopiero początek upałów. Spędziliśmy ze sobą trochę czasu na rozmowie i spacerze po parku. Niestety koleżanka nie mogła z nami dłużej zostać ,musiała wracać do szukania węża :). Dalej mnie to bawi :).

Otwarcie międzynarodowych zawodów Nomadów

Mieliśmy jeszcze kilka godzin więc ruszyliśmy z powrotem w stronę placu Ala Too. Idąc ulicą spotkaliśmy Australijczyka, z którym spotkaliśmy się w dolinie Altyn Arashan. Miał on kupić konia i podróżować na jego wierzchu przez Kirgistan. Niestety jego plan nie wypalił – nie wiem z jakiego powodu. Nie złapaliśmy wspólnego języka i po krótkiej rozmowie każdy ruszył w swoją stronę.

Tego dnia ( 15 maja ) miała odbyć się ceremonia otwarcia Międzynarodowych Zawodów Nomadów. Poobserwowaliśmy przygotowania i zbierających się ludzi w strojach narodowych. Niestety nie mogliśmy zostać do samego rozpoczęcia ceremonii. Zaplanowaliśmy  noc na lotnisku, mimo że ostatnia marszrutka odjeżdżała dopiero o 20 woleliśmy być tam wcześniej. Nie chcąc ryzykować spóźnienia ruszyliśmy odebraliśmy plecaki. Znowu 114 dojechaliśmy pod Osh Bazar. Stamtąd musieliśmy podejść na skrzyżowanie Jash Gvaerdiya i Chui, gdzie złapaliśmy kolejnego busa nr 380 ( kursowały od 6 rano do 20 wieczorem, cena przejazdu 50 som, czas 1h ).

Lot powrotny

Noc na lotnisku przebiegła bez przygód. Średnio się wyspałem, ale takie są uroki nocowania w miejscach publicznych. Przyciągaliśmy spojrzenia strażników i obsługi lotniska, ale na szczęście nikt się do nas nie przyczepił. Odprawa i wylot przebiegły bardzo sprawnie i w miłej atmosferze :).

Podróż po Argentynie – przemyślenia z drogi

Największe solnisko świata i jezioro Titicaca – podróż po Boliwii

Podróż do Peru – Machu Picchu, Rainbow Mountain, Iquitos i Amazonia

Podróż do Ekwadoru

Nasze podróże

Festiwal podróżniczy nad Wigrami

Wakacje na Bali, co warto wiedzieć przed wyjazdem?

Tags
Leave Comment
  1. 15 Comments

    Alexander Lautsyus

    Awesome pictures! Very impressive canyon. I’ve been to Kirghistan (Bishkek) about 25 years ago. It would be interesting to see it again and find how it looks like today.

    Reply
    1. 15 Comments

      Arek

      Thank you. Canyon was lovely :). I have been there in May and it was awesome :). Amazing views, very friendly and kind people :). I want go back there as soon as possible :).

      Reply
      1. 15 Comments

        Alexander Lautsyus

        Good to know not much changed in the people there.

      2. 15 Comments

        Arek

        I do not have comparison but I have had many pleasant memories. For example few times men shake my hand without the word :). But usually they questioned how I am, where I come from etc. :). I did not had that kind situations in Europe.

  2. 15 Comments

    avemi

    wow tylko tyle mogę, tak pięknie… wspaniała podróż 🙂 miejsce – bajka!

    Reply
    1. 15 Comments

      Arek

      Nie dość, że miejsce jest piękne to w dodatku są tam ludzie życzliwi i otwarci :).

      Reply
      1. 15 Comments

        avemi

        tak wiele miejsc na świecie gdzie nie ma pogoni… ma cudne klimaty i wspaniała atmosferę, fajnie tam docierać 🙂

      2. 15 Comments

        Arek

        Jest jeszcze wiele takich miejsc, tylko trzeba ruszyć się z Europy :).

      3. 15 Comments

        avemi

        tak – masz rację, piękno bez pośpiechu odpoczywa w górach, lasach… tego świata 🙂 pisz o swoich podróżach może czegoś się dowiem i wyruszę 🙂 pozdrawiam serdecznie 🙂

      4. 15 Comments

        Arek

        Mam nadzieję, że zdecydujesz się na wyjazd w tamte rejony – warto :).

      5. 15 Comments

        avemi

        bardzo bym chciała, jest kilka miejsc dziewiczych 🙂

  3. 15 Comments

    Rodzinny Dom Dziecka – Smaczne Podróże

    […] w Kirgistanie w pierwszych dniach odwiedziliśmy Rodzinny Dom Dziecka. Niedawno udało mi się skontaktować ze Svietlaną – przybraną matką opiekującą się […]

    Reply
  4. 15 Comments

    Istambuł w jeden dzień • Smaczne Podróże - Jesteśmy najlepsi!

    […] leżał na drodze mojej podróży do Kirgistanu. Korzystając z okazji wraz ze znajomym postanawiamy wykorzystać kilka godzin czekania na […]

    Reply
  5. 15 Comments

    Kirgistan, a gdzie to jest? Część 4 • Smaczne Podróże - Jesteśmy najlepsi!

    […] Naszym następnym celem była miejscowość Kochkor – bardzo dobre miejsce wypadowe nad jezioro Sok Kul i Kol Ukuk. Większość marszrutek jeździła i pewnie dalej jeździ północną stroną jeziora, czyli przez: Cholpon-Ate i Balykchy. Chcieliśmy zobaczyć drugi brzeg, chociaż przez szybę, dlatego złapaliśmy busa jadącego południową stroną przez: Tosor i Bokonbaevo. Obie drogi łączyły się w Balykczy ( jak się okazało był to spory węzeł komunikacyjny, gdzie mieliśmy przyjemność spędzić pierwszą noc pod namiotem). […]

    Reply
  6. 15 Comments

    Z Wigier do Bałtyku - płyniemy dla Przystani! • Smaczne Podróże - Smak Życia

    […] Kirgistan, a gdzie to jest? […]

    Reply

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: