Viva España część 2 Grenada

 

Grenada

Kolejnym miastem, które odwiedziliśmy w Hiszpanii była Grenada. W okolicy są dwa lotniska: Malaga i Grenada właśnie. Będąc jeszcze w Anglii szukałem najtańszego połączenia. Wolałem kupić bilet docelowy, mimo że był minimalnie droższy. Niestety przez pomyłkę kupiłem lot do Malagi ( do tej pory nie wiem jak to się stało 🙂 ). Chcąc, nie chcąc straciliśmy kilka godzin na dojazd + dodatkowe koszty na dojazd. Firma przewozowa Alsa – Making travel simpler :).

 

Dzień Pierwszy

Po dwugodzinnej jeździe z Malagi do Grenady w południe docieramy na dworzec autobusowy. Odbiera nas znajoma mojej siostry – kolejna Paulina, u której się zatrzymaliśmy. Mieliśmy spędzić tam 3 noce, jednak miasto i klimat było bardzo przyjemne, więc zostaliśmy na trochę dłużej :D.

Paulina udzielała korepetycji z języka angielskiego i polskiego :), więc jej grafik był dość napięty. Po ulokowaniu nas u siebie w mieszkaniu i poleceniu kilku miejsc musiała zostawić nas chwilowo samych. My tymczasem po krótkim odpoczynku idziemy zwiedzać miasto. Paulina mieszka na Paseo Padre Manjón, więc po wyjściu z mieszkania mamy widok na Alhambrę i niedaleko do Plaza Nueva. Jednak postanawiamy wspinać się wąskimi kamienistymi uliczkami. Docieramy do Ermita de San Miguel el Alto. Rozpościera się stąd widok na położone poniżej miasto.

Wieczorem wraz z Pauliną wychodzimy na Tapas. Andaluzja słynie z małych przekąsek serwowanych z piwem czy tinto. Są to zwykle małe bagietki, choć w Nido del Buho wielkością przypominały zapiekanki z Krakowskiego Okrąglaka. Po dwóch porcjach ( zapiekanka + piwo/tinto ) w cenie 2 euro, człowiek chce zwyczajnie napić się bez jedzenia. Kilkukrotnie chcieliśmy zrezygnować z przekąski, lecz miejscowi kelnerzy mówili , że to wbrew tradycji i obyczajom. Zawsze było trzeba zamówić całe Tapa.

Życie w Hiszpanii toczy się trochę inaczej niż w Polsce, czy Anglii. W godzinach popołudniowych między 13 a 17 króluje sjesta. Każdy ma wtedy czas dla siebie. Zamyka się sklepy, restauracje, banki i urzędy. Po kilku godzinach wszystko wraca do normy. Godziny pracy nieco się wydłużają, ale coś za coś.

Kultura ludzi też jest inna. Są oni bardziej towarzyscy. Wieczorami spotykają się w restauracjach na wspólne jedzenie – zwyczaj ten jest bardzo zakorzeniony w ich kulturze.

Dzień Drugi

Nie potrzebowaliśmy dużo czasu na przejęcie hiszpańskiego stylu życia :D. Zwiedzanie zaczynamy dopiero ok południa. Spacerowaliśmy uliczkami i podziwialiśmy uroki miasta. Mimo, że był to październik dookoła nie brakowało turystów. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w barze na przekąskę. Tak upłyną nam kolejny spokojny dzień.

Po sjeście wieczór spędzamy podobnie jak poprzednio, tyle że w większym gronie, wraz ze znajomymi Pauliny. W Hiszpańskim stylu kończymy zwiedzanie barów nad ranem.

Dzień trzeci

Dość późna pobudka. Nie ma zbyt wielkich zmian w naszych poczynaniach. Niedaleko Alhambry znajduje się Carmen de los Mártires. Bardzo ładny, cichy ogród z widokiem na miasto. Zostajemy stamtąd wyproszeni – na czas sjesty jest zamknięty.

Spacerując uliczkami gdzieniegdzie czuć arabski klimat. Sklepiki obwieszone wyrobami skórzanymi i innymi bibelotami. Przypomniało mi się Maroko, ale sprzedawcy nie byli aż tak nachalni jak w ich rodzinnym kraju.

Wieczorem wybieramy się na Mirador de San Nicolas. Jest to punkt widokowy, skąd widać bardzo dobrze Alhambre. Dużo turystów, ale to nic dziwnego, podświetlony kompleks wygląda jeszcze ładniej niż w dzień.

Dzień Czwarty

Z największą atrakcją, czyli zamkiem Alhambra czekaliśmy do niedzieli ( Paulina załatwiła nam na ten dzień dwa darmowe bilety ).

Wejście jest na określoną godzinę, ale będąc już w środku, można zwiedzać je do czasu zamknięcia. Mając jeszcze dwie godziny wolnego czasu zaszliśmy do gaju oliwnego, między Alhambrą a cmentarzem – stąd również rozciągała się panorama na miasto, tyle że z drugiej strony.

Zamek jest po prostu przepiękny. Pierwszy raz coś tak mnie zachwyciło. Klimat jaki tam czuć, misterne ornamenty, widok na miasto i ogrody z fontannami zwaliły mnie z nóg. Coś pięknego. Ogrom pracy jaki został włożony w wykonanie tego wszystkiego jest nie do opisania.

Do obiektu wpuszczane jest dziennie 6600 osób. Wydaje się dużo, ale bilet lepiej zarezerwować online. Wszystkie potrzebne informacje znajdziecie tutaj. Część pałacu dostępna jest za darmo – trzeba wejść przez Puerta de Justica. Nie dajcie się też naciągnąć cygankom wciskającym rozmaryn, w najgorszym wypadku rzucą na was urok :). Doświadczyliśmy tego, ale jak do tej pory jesteśmy cali i zdrowi.

W drodze powrotnej delikatnie zabłądziliśmy, przez co chcąc, nie chcąc zwiedziliśmy drugą stronę miasta 😀 ( naszego przewodnika Pauliny nie było z nami ).

Dzień Piąty

Przez cały pobyt mieliśmy ładną pogodę, niestety ostatniego pogoda się popsuła. Nie spędziliśmy go zbyt aktywnie. Z rana po śniadaniu przemokliśmy, więc nikomu nie chciało się już nigdzie chodzić. Jedynymi sprawami jakie mieliśmy do załatwienia było wysłanie paczek dla koleżanki Pauliny i spakowanie własnych bagaży do nocnego wyjazdu.

 

Przysłowie Hiszpańskie  „Kto nie widział Grenady, ten niczego nie widział” nie jest moim zdaniem przesadzone. Mieszanka architektury mauretańskiej z tradycją Andaluzji nadaje miastu niepowtarzalny charakter. Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę :).

 

SMACZNE-PODROZE-png

Dodaj komentarz