Fragment książki Piotra Kuryło “Ostatni maraton”

Fragment książki Piotra Kuryło “Ostatni maraton”

Lądowanie za oceanem

Po ośmiu godzinach samolot bezpiecznie wylądował w Newark, 30 mil od Nowego Jorku. Odebrałem bagaż duży plecak z przywiązaną do niego trójkołową hulajnogą — i wyszedłem na zewnątrz budynku lotniska. Chodnik otaczała wielopasmowa jezdnia. Nie było szans, bym dobiegł nią do miasta, nie otrzymując przy tym mandatu za zakłócanie ruchu.

Najpierw chciałem dotrzeć do konsulatu. Miałem nadzieję, że dostanę tam szczegółowe mapy. Teraz, na lotnisku, znalazłem tylko plan miasta Nowy Jork, a innych map ze sobą nie miałem. Liczyłem również na to, że ktoś z polskiej placówki pomoże mi tego pierwszego dnia w USA, zwłaszcza że wcześniej wicekonsul z Lizbony kontaktował się w tej sprawie z nowojorską instytucją. Wróciłem wiec do budynku, wyjąłem telefon i zacząłem dzwonić. Najpierw do domu. Odpowiedziała mi jednak głucha cisza. Próba z automatu też się nie powiodła — tym razem jakiś odzew był, ale zupełnie nie zrozumiałem, co do mnie mówi głos w słuchawce.

“No ładnie — pomyślałem. — Angielskiego nie znam, moja komórka nie działa, a ja nie mam pojęcia, jak dotrzeć do miasta”.

Musiałem szybko coś wymyślić. Rozejrzałem się wokół i moją uwagę przykuła grupka osób zbierających się do opuszczenia lotniska. Pomyślałem, że pewnie jak ja chcą dostać się do miasta. Poszedłem więc do nich, wyciągnąłem w ich kierunku dłoń z 20 dolarami i powiedziałem:

— Pliz tiket tu Niu Jork.

Młodzi, jak się okazało — Hiszpanie, chętnie się mną zaopiekowali. Już nie raz byli w Stanach w poszukiwaniu pracy, wiec dzięki ich pomocy udało mi się dotrzeć aż na Manhattan. Tam się pożegnaliśmy.

W mieście zauważyłem, że na każdym skrzyżowaniu znajdowały się tabliczki z jakimiś numerami. Zacząłem więc szukać tego, który widniał na adresie konsulatu. Po około dwóch godzinach marszu stwierdziłem, że nie zajdę daleko, niosąc wszystko na plecach. Rozglądałem się za niewielkim kijem lub prętem, z którego mógłbym zrobić dyszel do hulajnogi. W końcu udało mi się znaleźć rurkę od starego odkurzacza. Przystanąłem pod jednym z wieżowców, by zmontować wózek. Mocowałem się z tym aż do wieczora.

Miasto było świetnie oświetlone w nocy, dlatego zmierzch nie stanowił żadnego problemu. Gdy w końcu uwolniłem ramiona spod mojego ciężaru i zacząłem ciągnąć cały bagaż za sobą, poczułem ulgę. Było mi już tak lekko, że mogłem rozmyślać tylko o dalszych etapach biegu. O tym jak to będzie na zachodzie kontynentu…

O godzinie 23.00 wciąż byłem daleko od numeru, do którego chciałem dotrzeć. Doszedłem za to do południowego krańca Central Parku. Między gęstymi zaroślami rozbiłem swój nowy zielony namiot, który dodatkowo — dla skuteczniejszego kamuflażu — obłożyłem gałęziami. Gdy stwierdziłem, że moje lokum jest już wystarczająco niewidoczne, ułożyłem się w nim wraz z całym dobytkiem. Spałem bardzo czujnie. Kilka razy tej nocy budziły mnie czyjeś kroki, ale na szczęście nikt nie zbliżył się do namiotu na taką odległość, by mnie to musiało zaniepokoić.

Wczesnym rankiem następnego dnia podjąłem moje poszukiwania. Po drodze mijałem sporo dziwnych ludzi. W pamieć utkwiła mi np. zziębnięta ćpunka, która siedziała na skraju parku owinięta kraciastym kocem. Była to całkiem młoda dziewczyna…

Kiedy później wstąpiłem do świątyni ewangelików postanowiłem pomodlić się również za nią. A wszedłem do tego kościoła ponieważ nie chciałem opuścić niedzielnego nabożeństwa.

Kierowałem się ulicami stale na północ, aż dotarłem do mostu. Tam starszy Amerykanin zapytał mnie o coś zdumiony. Pewnie chciał się dowiedzieć, gdzie idę.

— Strit —  powiedziałem, ile wiedziałem i pokazałem zapisany na kartce adres konsulatu: 233 Madison Avenu.

— No, no, Polacco! — on na to. Uśmiechnął się przyjaźnie i wskazał mi na planie miasta, że tam za mostem jest już Bronx. Potem dotknął palcem numeru na ścianie budynku i dopiero wtedy zrozumiałem, że źle szukałem. Powinienem skupić się na numerach budynków a nie na tabliczkach z numerami przecznic. Zawróciłem wiec na południe.

By odpocząć zatrzymałem się w niedużym parku. Było tam sporo ławek oraz stolików, przy których czarnoskórzy staruszkowie grali w szachy. Niedaleko nich, na boisku, młodzi rzucali piłkę do kosza, inni im kibicowali. Wszyscy ze zdziwieniem spoglądali na mnie i mój ekwipunek. Miałem wrażenie, że chcieliby powiedzieć: — A co ty tu robisz, białasie?

Odsapnąłem chwilę, po czym ruszyłem dalej. Wieczorem na ulicach kłębiły się tłumy w biało-czerwonych strojach. Okazało się, że to Polacy wracający z parady Pułaskiego (Pulaski Day Parade). Świętują tak rok w rok, a główny przemarsz odbywa się aleją sąsiednią do tej, na której spotkałem wracających z uroczystości. Zrobiło mi się przykro, że ominęło mnie takie wydarzenie. Byłem zaledwie o krok. Pocieszyło mnie dopiero to, że wreszcie odnalazłem konsulat. Jeszcze był czynny, jednak portier odesłał mnie, mówiąc, abym przyszedł rano, bo dziś już nikt mi nie pomoże. Cóż było robić? Wróciłem do Central Parku, odnalazłem wczorajsze zarośla i znów rozbiłem w nich namiot.

Z samego rana czekałem już przed konsulatem. Oprócz mnie zebrała się tam grupka Polaków — każdy ze swoja sprawą. W końcu wyszedł do nas portier. Zawołał mnie do środka i zaprowadził do konsula. Okazało się, że konsul też trochę biega. Zapytał mnie, jak może mi pomóc. Potrzebowałem map Stanów, poprosiłem więc o nią, a mój rozmówca szybko wręczył mi atlas. Powiedział jeszcze, żebym poczekał chwilę w jego gabinecie — za kilka minut miał się tam pojawić człowiek, któremu chciał mnie przedstawić.

Czekając na nieznajomego, zdążyłem wyznaczyć sobie w atlasie trasę biegu prze Amerykę. Wkrótce przyszedł gość konsula. Był nim Andrzej Krygowski — prezes organizacji PASA (Polish American Assosiation). Od razu zaczął mówić mi na “ty”. Ucieszyła mnie ta jego bezpośredniość, bo lubię ludzi otwartych i szczerych. Wymieniliśmy kilka zdań, po czym zabrał mnie na obiad. Przy stoliku Andrzej zmienił nieco ton rozmowy. Zaczął perswadować mi dalszy bieg. Mówił, że w Stanach nie poradzę sobie bez znajomości angielskiego, a w ogóle to pewnie zginę gdzieś na pustyni. Nie wiedział jeszcze, że ja tak łatwo się nie poddaję.

Piotr Kuryło

Festiwal podróżniczy nad Wigrami

Wakacje na Bali, co warto wiedzieć przed wyjazdem?

Podróż po Argentynie – przemyślenia z drogi

Największe solnisko świata i jezioro Titicaca – podróż po Boliwii

Podróż do Peru – Machu Picchu, Rainbow Mountain, Iquitos i Amazonia

Nasze podróże

Tags

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: