Kirgistan, a gdzie to jest ?

Kirgistan

Kirgistan, a gdzie to jest i po co tam jedziesz? Skąd w ogóle pomysł na wyjazd do tego kraju? Często słyszałem takie i inne pytania od bliższych i dalszych znajomych. Pomysł podsunęły mi dwie dziewczyny poznane na portalu globtroter.pl, które wybierały się właśnie do tego kraju. Po sprawdzeniu kilku informacji i obejrzeniu sporej ilości zdjęć nie miałem wyjścia – musiałem tam jechać. Kirgistan posiada dużo plusów: Polacy nie potrzebują wizy, jest dość tanio, przelot w rozsądnej cenie, jeziora, gorące źródła i dużo gór ( 90% kraju leży powyżej 1500 m n.p.m. :).

W ten oto sposób była nas już trójka. W międzyczasie dołączył do nas jeszcze Piotrek – znajomy znajomych, czyli było nas już czworo.

Bożena i Karolina mieszkały w Polsce, my w Anglii dlatego na miejsce dolatujemy osobno. One z Pragi przez Moskwę do Biszkek ( Aeroflotem ). My z Birmingham przez Amsterdam i Istambul ( KLM i AtlasGlobal ). Cena biletu w obu przypadkach oscylowała ok 1500zł.

Dzień Pierwszy

Bishkek

Wylatujemy 1 -go maja nocnym lotem z Ataturk Airport w Turcji. W Bishkek ( stolicy Kirgistanu ) lądujemy 2-go maja. Dziewczyny były na miejscu dzień wcześniej. Podesłały nam kilka informacji jak najlepiej dostać się do centrum i gdzie je znaleźć.

Zaczęło się męcząco. Po wylądowaniu ok 5 nad ranem, staliśmy ponad godzinę w kolejce do odprawy paszportowej. Po odbiorze bagażu od razu zgarnął nas taksówkarz. Początkowo chciał 1000 som/osoba, zbiliśmy cenę do 400som/ osoba (20 zł ). Dziewczyny napisały nam, że zapłaciły 500 som za taxi, więc nie ma sensu więcej się targować – w końcu lokalni ludzie też muszą za coś żyć.

Jeszcze na lotnisku mieliśmy kupić kartę sim i wymienić trochę dolarów. „Uczynny” taksówkarz powiedział, że da nam ją za darmo i zawiezie do kantoru. Człowiek zmęczony nie myśli racjonalnie. Dostaliśmy kartę, tyle że micro, a była potrzebna nano, nie mieliśmy też jak jej doładować. Kantor owszem był, kurs znacząco nie odbiegał od lotniskowego i można było to zrobić od razu. Niedopilnowanie tych rzeczy zaowocowało późniejszym niepotrzebnym chodzeniem w deszczu. Do tego trzeba było trochę poczekać. Cwany Pan kierowca przyprowadził nas do samochodu.

Siedziały tam już dwie inne pasażerki. Widząc nas wsiadających do auta lekko się wkurzyły. Myślały, że pojadą same. Pokrzyczały na kierowcę, wzięły bagaże i wyszły. My zadowoleni usiedliśmy na tyle, a kierowca wrócił na lotnisko pod pretekstem oddania pieniędzy koledze. Chwilę później widzieliśmy jak prowadził kolejne dwie Panie. Na jego nieszczęście reagują podobnie do poprzednich :D. Znowu znika. Wiedzieliśmy już, że posiedzimy do czasu, aż znajdzie dodatkowych pasażerów. W końcu przyprowadza Amerykanina i ruszamy Toyotą z wyjącym alarmem :D. Czas przejazdu ok. 40 min.

W poszukiwaniu dziewczyn

Punktem spotkania z dziewczynami był Comfort Aparthotel na ul. Ibrimovskiej. Mieści się on w 9 piętrowym bloku, recepcja znajduje się na 8 piętrze. Wyjeżdżamy tam windą, która lata świetności miała dawno za sobą ( na szczęście nie zawiodła nas ani razu  😀 ). Recepcja zagrodzona kratami, po krótkim oczekiwaniu pojawia się Pani. Pytamy o dwie dziewczyny z Polski – ona ni w ząb angielskiego, a my nie za bardzo po rosyjsku 🙂 – robi się ciekawie :). Rozmowa trwała kilka minut. Dowiedzieliśmy się, że nie ma w hostelu żadnych „dziewuszek z polszy”. Pytamy więc o wynajęcie pokoju na kilka godziny – prysznic jest wskazany :). Można wynająć apartament na 2 godziny za 500 som z góry. Zgadzamy się na to, ale kupiliśmy za mało waluty. Pani nie chcę przyjąć dolarów, więc trzeba znaleźć kantor. Zostawiamy plecaki i ruszamy na poszukiwania.

W poszukiwaniu kantoru

Ok 8 rano prawie wszystko jest zamknięte, nie widać bankomatów, zaczyna padać deszcz. W końcu pojawia się światełko w tunelu jest sklep – no to piwo 🙂 ( żeby nie było, nie byłem w tym odosobniony 🙂 ). Pani ekspedientka była bardzo miła. Wypytała nas, to po angielsku to po rosyjsku skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy itp.

Po opróżnieniu butelek znaleźliśmy otwarty kantor – jest dobrze przynajmniej możemy zapłacić za pokój, ale dalej nie mamy jak skontaktować się z dziewczynami – angielskie karty sim nie działają, na polską nie dostałem odpowiedzi.

Po powrocie na 8 piętro, podczas płacenia przy kratach otwierają się sąsiednie drzwi, i kto w nich się pojawia? Oczywiście, że nasze towarzyszki z Polski. Widzimy się pierwszy raz na żywo więc następuje zapoznanie, krótka relacja z przyjazdu. Tu dowiadujemy się, że dziewczyny przyjechały z lotniska za 400 som, tyle że za dwie osoby 🙂 – małe niedomówienie.

W poszukiwaniu gazu

Doprowadzamy się do stanu używalności i spotykamy u Bożeny i Karoliny, gdzie omawiamy  plan działania na dzisiaj. Pierwszą sprawą jest załatwienie gazu do przenośnej kuchenki. Aby nie tracić czasu pojechaliśmy z Piotrkiem taksówką do sklepu górskiego Red Fox na ulicę Bayik-Baatyr 65 ( adres ze strony  sklepu i Lonely Planet ). Na drzwiach zastaliśmy kartę: „Magazyn przeniesiony na ulicę Ibrimovskią” 😀 – ta sama na, której mieszkamy ( właściwie jest to Abdykerim Sydykov St przy Ibrimovskiej ). Jedziemy taxi pod nowy adres. Tam na szczęście nie ma już więcej niespodzianek i udaje się nam kupić go bez problemu.

Po powrocie zostawiam mały plecak z częścią rzeczy w recepcji.  Duży jedzie ze mną.

Konorchok Canyon

Dalej pada, niestety nie możemy sobie pozwolić na czekanie. Opuściliśmy hostel i marszrutką pojechaliśmy na Zachodni Dworzec Autobusowy. Cena za przejazd 10 som/osoba. Marszrutki to zwyczajne busy,  kursujące na stałych trasach. Po mieście jeżdżą jak autobusy, zatrzymując się na żądanie.  Na dłuższe trasy ruszają ze stacji po zapełnieniu się. Na dworcu naganiacze i kierowcy zaczepiają nas z każdej strony, ale po krótkim „nie” po prostu dają nam spokój – co za kraj :D. Odnajdujemy stanowisko odjazdu do Karakol ( Bishkek – Krasny Most, cena 150 som/osoba, czas 3 godziny ). Byliśmy jednymi z pierwszych pasażerów więc trzeba było jeszcze poczekać na odjazd. Zdążyłem pójść do toalety, kupić camsa ( bardzo smaczne pierogi z mięsem 🙂 ), zapytać w kilku sklepach o kartę sim i kupić ziemniaki. Po co mi ziemniaki? Pani w zieleniaku też patrzyła na mnie ze zdziwieniem :). Pochodzę z Suwalszczyzny krainy ziemniaka. Od dłuższego czasu pieczone bulwy za mną chodziły :). Mieliśmy nocować pod namiotami w Konorchok Canyon, więc byłyby jak znalazł.

Kanion leży na trasie z Bishkek – Karakol. Kierowca wysadza nas w Krasnym Moście – po środku niczego :). Kilku mężczyzn sprzedaje jakąś zieleninę. Jeden z Panów podszedł do nas i zagaił. Wypytał skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy podoba nam się Kirgistan itp. Dostaliśmy od niego kilka gałązek owej zieleniny z instrukcją jedzenia – ponoć bardzo zdrowa. Żegnamy się i ruszamy we wskazanym przez niego kierunku.

Trekking

Trasa, którą szliśmy wiodła korytem rzeki. Było kilka małych przeszkód, ale nic nie do przejścia. Malownicze widoki towarzyszą nam przez dwie godziny marszu. Sam kanion jest piĘĘĘkny. Przypominał mi trochę Wielki Kanion w Kolorado ( widziany tylko na zdjęciach ). Jedzenie w plenerze, gruzińskie wino do obiadu, nieziemskie widoki – po prostu bajka :).

Planowaliśmy spędzić tam noc, ale pogoda nie zanosiła się zbyt dobrze. Było jeszcze sporo czasu więc postanowiliśmy wrócić. Gdyby zaczęło padać, wezbrana rzeka odcięła by nas na nie wiadomo jak długo.  Droga powrotna mija dużo szybciej. Mamy z górki – grawitacja jest po mojej stronie :).

Przy drodze postanowiliśmy odwdzięczyć się Panu za podarowaną „zieleninę”. Mimo upływu 5 godzin dalej ją sprzedawał. W ramach podziękowania dostał od nas kilka batonów, nie mieliśmy nic innego co mogliśmy oddać – głupio byłoby dać mu ziemniaki :D. Owa zielenina smakowała podobnie do rabarbaru. Lekko kwaskowata, lekko łykowata, za to była bardziej krucha. Została zjedzona cała – w końcu zdrowa organiczna żywność :).

Auto stop

Stajemy na poboczu drogi i zaczynamy zatrzymywać samochody. Marszrutki są pełne, ich kierowcy tylko przepraszająco machają rękoma i jadą dalej. Na szczęście jeżdżą też samochody osobowe. Zatrzymuje się rodzina z dziećmi, pierwsze jadą dziewczyny. My jeszcze trochę poczekaliśmy. W końcu po godzinie zatrzymało się dwóch chłopaków, którzy jechali do Balykchy ( punkt spotkania to Czalpon-Ata ). Podwieźli nas za 100 som od osoby. Jest ok 7.00. Najpierw trzeba zjeść coś ciepłego. W lokalnej jadłodajni zamawiamy laghman – narodowa potrawa, bardzo smaczna i co najważniejsze z mięsem :).

Mieliśmy zamiar dotrzeć jeszcze tego wieczora do dziewczyn, ale łapanie stopa słabo nam szło. Taxi kosztuje niebotyczne ceny ( nawet jak na nasze zarobki ). Zaczyna robić się ciemno. Nie ma sensu tracić sił. Piotrek namawia na spanie w meczecie. Ok,  idziemy tam zapytać o nocleg. Zostajemy odesłani z kwitkiem – nie jest prawdą, że w każdym muzułmańskim kraju wędrowiec może bez problemu spędzić noc w świątyni – przynajmniej nie w Kirgistanie.

Nie mamy wyboru, trzeba rozbić namiot. Najrozsądniejszym miejscem jest plac za stacją paliw. Ziemia twarda jak cholera, nie można wbić śledzi. Tropik przywiązuję do pobliskich krzaków i kamieni. Na nasze szczęście, że nie leniłem się tego zrobić. W nocy była nawałnica, słabo napięty tropik i tak hałasował, ale nie zmokliśmy. Z rana pytam Piotrka jak mu się spało podczas burzy. Odpowiedz bezcenna „jaka burza?”. Dobrze, że choć jeden z nas się wyspał. Pół nocy słuchałem grzmotów.

Dzień drugi

6.30 dalej pada, mimo to trzeba się zbierać. Pakujemy mokry namiot i idziemy na stację autobusową. Pierwsza marszrutka odjeżdża o  8. Sklepy i jadłodajnie jeszcze zamknięte. Trafiamy na shared taxi. Po 7 jesteśmy już w drodze ( Balykchy –  Czalpo-Ata 1.5h, cena 200 som/osoba ). W drodze Piotrek był tak głodny, że nawet przeprosił różowe orzeszki z Istambułu :D.

Czalpo-Ata

W Czalpo-Ata pogoda dalej nie jest ciekawa – mży. W drodze do dziewczyn, natrafiamy na otwarty sklep z telefonami, gdzie kupujemy karty sim. Jest już łączność ze światem. Następnie kierujemy się do jakże zapamiętanego przez nas pensjonatu Ala Too, gdzie ponoć nocowały dziewczyny. Po kilku kilometrach dotarliśmy do celu, który okazał się zamknięty. Wracamy  z powrotem do centrum w deszczu. Po poinformowaniu ich, że nie możemy ich znaleźć dostajemy smsa zwrotnego „spotkajmy się przy placu miejskim, obok restauracji sushi” – nic prostszego :D. Plac miejski, restauracja sushi – już lecimy, tylko w naszym przewodniku tego nie ma. Zapytane osoby, też nie mają pojęcia o co pytamy.

Ogólnie wyszło tak, że w miejscowości z jedną główną ulicą szukaliśmy się do godziny 12 i tylko przypadkiem spotkaliśmy się na jednej ze stacji autobusowej ( są przynajmniej dwa większe punkty odjazdów ). Wszyscy na siebie wkur… , bo straciliśmy połowę dnia chodząc z plecakami w deszczu.

Semyenovka

Wsiadamy do shared taxi. Kierunek Semyenovka ( Czalpon-Ata – Semyenovka, czas 1h. Cena 75 som/osoba ). Znajduje się tam rodzinny dom dziecka. Wzieliśmy ich z zaskoczenia. Nie byli przygotowani na gości. Mimo to zostaliśmy bardzo miło przyjęci przez Svetlane i jej podopiecznych.  Dzieci, które poznaliśmy były otwarte i uśmiechnięte. Mieszkali w skromnych warunkach, ale dom były schludny i zadbany. Zostajemy ugoszczeni zupą fasolową, a na deser makowiec z konfiturą :). Było trochę głupio objadać dzieci, więc zachowaliśmy wstrzemięźliwość w jedzeniu. Wstępnie mieliśmy tutaj nocować, ale było jeszcze sporo czasu więc jedziemy dalej. Zostawiamy im małe prezent: kolorowanki, kredki, trochę słodyczy, pieniędzy.

Karakol

Ruszamy do Karakol ( Semyenovka – Karakol , cena 150 som/osoba ). Tam trafiamy do hostelu Jak Tur na ulicy Gagarina 10 ( cena 350 som noc/osoba ). Pokoje duże i przestronne. Łazienka znośna. Tutaj mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, przepakowanie się i wysuszenie namiotu.

Witamy rodacy

Wieczorem już w lepszych nastrojach wychodzimy zjeść kolację. W restauracji spotykamy Polaka ( przyznam się bez bicia nie pamiętam imienia ). Przyjechał on z Belgii na trekking. Jego celem, podobnie jak naszym jest jezioro Ala Kul w dolinie Altyn Arashan, tyle że wchodzi na nie z innej strony niż my. Podczas rozmowy mówi nam, że poznał w hostelu Polkę, która idzie z nim w góry. Pada propozycja spotkania się całą grupą na piwo. Owy Polak z Belgii poszedł po Zuzę ( jego towarzyszkę, imiona dziewczyn łatwiej zostają mi w pamięci 😀 ).

Po powrocie oznajmił nam, że niestety Zuza nie przyjdzie, spotkała parę Polaków i z nimi spędza wieczór :D. Miasto poza sezonem, a łącznie z nami była tam ósemka rodaków – jesteśmy wszędzie :).

Po kolacji żegnam się i każde idzie w swoją stronę. Polak do hostelu, my zahaczamy jeszcze o sklep. Podczas zakupów spotykamy wyżej wspomnianą Zuzę. Dziewczyna podróżuje sobie samotnie od 6 miesięcy po Azji Środkowej, jej kolejnym krajem jest Uzbekistan. Krótka miła rozmowa i wymiana uprzejmości, ale nie łapiemy wspólnego języka. Po zakupach wracamy do hostelu na zasłużony wypoczynek po długim dniu :).

 

SMACZNE-PODROZE-png

 

    1. Thank you. Canyon was lovely :). I have been there in May and it was awesome :). Amazing views, very friendly and kind people :). I want go back there as soon as possible :).

      1. I do not have comparison but I have had many pleasant memories. For example few times men shake my hand without the word :). But usually they questioned how I am, where I come from etc. :). I did not had that kind situations in Europe.

      1. tak wiele miejsc na świecie gdzie nie ma pogoni… ma cudne klimaty i wspaniała atmosferę, fajnie tam docierać 🙂

      2. tak – masz rację, piękno bez pośpiechu odpoczywa w górach, lasach… tego świata 🙂 pisz o swoich podróżach może czegoś się dowiem i wyruszę 🙂 pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz