Filipiny kraj kontrastów – Santa Juliana

 

Dzień 25

Manila – Angeles

Na śniadanie zamówiłem zupę i dostałem do niej PAŁECZKI! Człowiek głodny, a tu od rana wyzwania. Na szczęście dałem sobie radę i tylko trochę ochlapałem siebie i stół.
Najedzony zacząłem łapać taxi na dworzec autobusowy w Pasaj. Pierwszy kierowca nie chciał włączyć licznika i od razu powiedział, że chce 200 peso za kurs. Podziękowałem mu i zatrzymałem kolejną. Drugi Pan bez problemu spełnił moje żądanie. No to w drogę :).
Na początku bałem się jazdy na liczniku. Przyznam szczerze, że byłem głupi. Wychodziło dużo taniej niż przy negocjacji ceny – która zawsze była zawyżona.
Po 4 godzinach dotarłem na dworzec DAV pod Angeles. Złapałem trzykołowca do centrum – niepotrzebnie, ponieważ chciałem dostać się do Santa Juliana i wystarczyłoby gdybym przeszedł 50 metrów do głównej trasy, a stamtąd była już prosta droga do mojego celu :).
Wiele razy napominam się, żeby nie brać od razu podwózki z dworca. Często sobie powtarzam: „rozglądnij się Arek, przejdź się kawałek, zobacz co jest w okolicy”. Jednak Arek często o tym zapomina i w takich sytuacjach wychodzi jak Zabłocki na mydle.

Drogę do Santa Juliana wyglądała następująco:

DAV – Angeles                   trzykołowiec ( niepotrzebnie )
Angeles – Capas                jeepney
Capas – Patling                  jeepney
Patling – Santa Juliana      trzykołowiec
Zatrzymałem się w Alvin’s Guest House w Santa Juliana. Na miejscu poznałem Meno ( Holendra ) i Kamila ( Czecha), którzy zaczynali dopiero przygodę z Filipinami. Wieczór upłynął na wymianie doświadczeń i polecaniu miejsc.

Dzień 26

 O 7.30 ruszyłem na wycieczkę zorganizowaną przez Alvina na Mt Pinatubo. 2 Jeepy, 9 osób ( 5 Malezyjczyków, 2 Filipińczyków, Czech Karol i ja ).
Przejazd suchym korytem rzeki bardzo ciekawy. Rzeka wyglądała jak płytki strumyk, ale po obu jej stronach widać było jaką ma siłę w czasie pory deszczowej. Świadczyły o tym wysokie wymyte skarpy.
 Po środku niczego zatrzymaliśmy się w „sklepie” Pani sprzedawała banany – życie tam nie należy do łatwych. Nie dość, że jest ciągłe ryzyko erupcji, to nie ma tam zbyt wiele pracy.
Droga do krateru jest trochę wyboista :D. Dobrze, że jechałem w pierwszym samochodzie. Koła wznosiły tumany kurzu, przez co drugi Jeep nie miał zbyt komfortowej jazdy.
Po przejechaniu 20 km  czekało nas 5 km trekingu. Trasa nie była wymagająca i pokonanie jej w sandałach nie było wyczynem. Kilkukrotnie trzeba przekroczyć rzekę więc dobrze mieć obuwie, które można zamoczyć.
A w kraterze, cisza i spokój. Drzemiący wulkan nie wydawał się groźny i ciężko mi było wyobrazić sobie, że w 1991 roku spowodował taką tragedię zabijając 800 osób, a 10 000 pozostawiając bez domu.
Aha, litr wody to trochę za mało na tą wyprawę, proponuję zaopatrzyć się przynajmniej w 2. Na wulkanie w prowizorycznym sklepie ceny są bardzo wysokie.
W drodze powrotnej zajechaliśmy do wioski, gdzie Malezyjczycy rozdali wcześniej kupione słodycze. Niektórzy mogą być zniesmaczeni taką formą pomocy, ale moim zdaniem każdy sposób jest dobry. Rozdajesz słodycze, kolorowanki czy organizujesz kino, po prostu pomagaj i zanim skrytykujesz sam podejmij jakieś działanie.
W resorcie byliśmy ok 14 ( także Ci którzy śpieszą się, mogą jeszcze spokojnie ruszyć w dalszą drogę ), czekał tam na nas kurczak Adobo 🙂 – wliczony w cenę wycieczki.
Podczas posiłku przyjechała 16 osobowa wycieczka z Polski. Nie było zbyt dużo okazji do rozmowy. Oni rozpakowywali się, ja zaś rozmawiałem z Holendrami i niegrzecznie byłoby zakończyć rozmowę w połowie :).
Reszta dnia upłynęła mi na totalnym lenistwie – nie chciało mi się nawet prać :).

Dzień 27

W okolicy Santa Juliana

Za radą Meno zamówiłem przewodnika, aby oprowadził mnie po okolicznych wsiach. Wraz z Ambo ( przewodnikiem ) wybraliśmy się do:
  • San Marcos
  • Citio Bulocan
  • Pilien
  • Pisapongar
  • San Marcos Lake

 

W takcie kilkugodzinnego spaceru, często przekraczaliśmy rzekę. Przyjemna wycieczka choć w południowym słońcu opuściły mnie trochę siły.
Powrót również nie należał do najlżejszych. Parująca woda z płytkiej rzeki potęgowała tylko uczucie kilkugodzinnego zmęczenia i gorąca. Nie było cienia i zimnej wody. 3 litry wody pitnej, to zdecydowanie za mało na takie warunki.  Mimo zmęczenia warto było pochodzić po okolicy i zobaczyć te ciekawe miejsca.
Teraz kilka słów o Alvin’s Place, gdzie spędziłem ostatnie 3 dni na Filipinach. Gospodarze i obsługa bardzo miła. Jedzenie smaczne, pokoje czyste, ośrodek bardzo ładnie urządzony ( moje klimaty 🙂 ). Za wszystko płaci się przy wyjeździe.

Przykładowe ceny:

  • 150 posiłki
  • 500 łóżko w dormie
  • 2450 wycieczka na Mt Pinatubo -cena zależna od ilości osób
  • 800 przewodnik po okolicznych miejscowościach
Za cały 3 dniowy pobyt z jedzeniem i atrakcjami zapłaciłem 6000 dużo i nie dużo – to zostawiam wam do oceny :). Moim zdaniem było warto :).

Dodaj komentarz