Kirgistan, a gdzie to jest? Część 7

Osh – Bishkek

Dzień Jedenasty

Z rana skoro świt ( o 7 🙂 ), zaczęliśmy ostatnie przygotowania do przejazdu na trasie Osh – Bishkek. Nie było tego dużo, musieliśmy jedynie dopakować resztę rzeczy, zjeść śniadanie, zdać klucze, a później cierpliwie czekać na zamówiony samochód. Założyliśmy, że kierowca i tak będzie spóźniony, więc nie śpieszyliśmy się. Zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni :). Przed 9 pojawiła się trzydrzwiowa Honda Civic :). Nasze plecaki ledwo zmieściły się do małego bagażnika. Z tyłu było trochę ciasno, ale jakoś daliśmy radę :).

Z Osh do Ozgon nie było szczególnych widoków.  Prawdziwa jazda zaczęła się później. Droga przebiegła spokojnie i bez nerwów – nie tak jak w przypadku przejazdu z Naryn do Osh. Było jedynie trochę niewygodnie, ale za to widoki rekompensowały nam ścisk :).

Często napotykaliśmy na przeganiane stada koni, krów i owieczek. Wyprzedzanie odbywało się bez pośpiechu i z głową. Każdy znał swoje miejsce na drodze, choć nieraz trzeba było użyć klaksonu, aby przegonić bardziej wyluzowane zwierzaki maszerujące środkiem drogi :).

Osławiony tunel na tej trasie przytłacza 🙂 i to dosłownie. Kurz, spaliny i słabe oświetlenie. Nawierzchnia w kiepskim stanie, a system odprowadzania spalin ( o ile taki w ogóle tam był ) pozostawiał wiele do życzenia :). Przejazd pod górami i późniejszy zjazd serpentyną we mgle między ciężarówkami bezcenny 🙂 – za wszystko inne zapłacisz dolarami :).

Zatrzymaliśmy się kilka razy na toaletę i obiad. W przydrożnym lokalu wychodek był porządny, ale w miejscach mniej uczęszczanych dziewczyny musiały zadowolić się toaletami bez drzwi, ale za to z przepięknymi widokami :).

Samsa

Podczas przerwy na jedzenie, trafiliśmy na produkcję Samsy. Jest to coś w rodzaju dużych zapiekanych pierogów nadziewanych farszem z mięsem, cebulą i innymi składnikami ( nie wnikałem za bardzo co się tam znajduje, nie uciekało mi z talerza i nie było surowe 🙂 ). „Pierogi” były dość tłuste, za to dobrze przyprawione – bardzo mi smakowały :). Po złożeniu zamówieniu na jajecznicę okazało się, że skończył się gaz na kuchni i nie było mowy o smażeniu. Do wyboru mieliśmy tylko jajka na twardo ( ugotowane wcześniej ), chleb, chili i Samsa prosto z pieca. Dziewczyny pozostały przy jajkach, ale Piotrek skusił się na jedną Samse – podobnie jak ja. Po sytym posiłku można było ruszać dalej.

Droga z postojami zajęła nam 10 godzin. Cena 1200 som/osoba. Trasa bardzo malownicza i bardzo szybko zleciała na rozmowach z kierowcą. Był on ciekawy naszego świata tak samo jak my jego. Ogólnie uważał, że życie na zachodzie jest lepsze. Zgodzę się co do jednego na pewno jest łatwiejsze, ale nie jestem taki pewny czy lepsze. Przez dwa tygodnie pobytu w Kirgistanie widziałem więcej uśmiechniętych ludzi niż w Europie przez rok.

 

SMACZNE-PODROZE-png

Dodaj komentarz