Kirgistan, a gdzie to jest? Część 2

Altyn Arashan

4-go maja nasza czwórka wyruszyła na kilkudniowy treking do Altyn Arashan Valley. Nie do końca wiedzieliśmy ile zajmie nam przejście doliny i dotarcie do jeziora. Przewidywaliśmy 2/3 dni – wszystko zależało od pogody.

Dzień trzeci

Zostawiliśmy część bagaży w hostelu Yak Tur i przed 8 skierowaliśmy się na bazar miejski w poszukiwaniu transportu. Żeby zaoszczędzić czas, chcieliśmy złapać 6 kołową podwózkę opisaną w przewodniku i pokonać 12 km samochodem (ponoć kierowca odjeżdża codziennie o 8 rano). Niestety nie znaleźliśmy jej, więc trzeba było poszukać marszrutki. Zostaliśmy skierowani do busa nr 350. Wysiedliśmy przy drodze prowadzącej do doliny – przed nami były 4 godziny marszu, ale zanim rozpoczęliśmy treking zjedliśmy śniadanie :).

Rozłożyliśmy się w pierwszym nadającym się miejscu. Herbata, kanapki i widok na przepędzane konie :). Pod koniec naszej uczty podjechała taksówka z dwójką turystów. Kierowca owego pojazdu wypytał nas skąd jesteśmy i przedstawił swoich pasażerów z Czech. Podczas naszej rozmowy podjechała kolejna taxi. Tym razem wysiadł jeden mężczyzna. Mały plecaczek, krótki rękaw i nic poza tym. Ruszył z kopyta, nie oglądając się za siebie :). Śmiałem się, że wchodzi zdobywać dolinę stylem alpejskim – szybkie wejście, szybkie zejście :).

My tymczasem dokończyliśmy jedzenie i ruszyliśmy wraz z Czechami. Początek trasy był dość płaski i trochę błotnisty. Później droga zaczęła piąć się w górę i błoto ustąpiło miejsca kamieniom. Dziewczyny zarzuciły szybkie tempo, nasza grupa rozciągnęła się na kilkaset metrów – każdy szedł swoim krokiem :). Międzyczasie dogoniliśmy „Alpejczyka”, który okazał się Szwedem. Cóż, że ze Szwecji – wydawał się OK. Nie jestem zbyt rozmowny, przynajmniej  dla tych, których nie znam i jedynie się pozdrowiliśmy :).

Mimo 4 godzin marszu i zmęczenia, cieszyłem się, że szliśmy pieszo. Naprawdę było co podziwiać. Piękne widoki, rzeka, gdzie nie gdzie konie. Pogoda nam dopisała. Było dość chłodno, choć świeciło słońce. Okazało się one zdradzieckie i spaliło nam niektóre części ciała :D. Po kilku dniach schodziła mi skóra z uszu, Piotrkowi z głowy, a Bożenie z nosa. Karolina chyba nie odniosła obrażeń – nie skarżyła się, przynajmniej nie dla mnie.

Yak Turs Pension

Po dotarciu do doliny zatrzymaliśmy się w Yak Turs Pension – coś w rodzaju schroniska. Jadalnia z kominkiem, na górze kilka pokoi, sauna do wynajęcia i gorące źródła :). Wypiłem herbatę, spytałem o warunki panujące nad jeziorem. Wiadomości nie były zbyt dobre, ponoć dzień przed nami dwójka Francuzów nie dała rady tam dotrzeć, przez ciągle zalegający śnieg. Spytaliśmy jeszcze o dość istotną kwestie dla mnie, a mianowicie gorące źródła. Właściciel wytłumaczył nam, gdzie możemy je znaleźć.

W 6 ( razem z Czechami ) poszliśmy sprawdzić jak wyglądają. Są to wybetonowane zbiorniki, leżące wzdłuż rzeki ok kilometra od ośrodka. Pierwsze były śmieszne, w kształcie serca, małe, płytkie, ze sporą ilością kijanek. Kolejne nie były lepsze, niezbyt duże i płytkie. Ostatnie źródło ” Grota” ( nazwał je tak właściciel ) było spore, zadaszone, tyle że nie było tam wody, a na dnie rosły glony i mieszkała żaba :). To nie mogło się tak skończyć, nie po to tu wychodziłem, żeby nie wymoczyć się w ciepłej wodzie. Wszedłem do basenu, pośliznąłem się – obyło się bez większych obrażeń.

Golden Spa

Po bliższych oględzinach okazało się, że woda cały czas napływa do zbiornika, ale ucieka przez odpływ. Szorowanie butem usuwało glony, więc postanowiliśmy pozbyć się ich używając miotły zrobionej z gałęzi choinki, do tego kilka reklamówek wody z rzeki. Wszystko przyniosło pożądany efekt. Odpływ został zatkany jednorazówką i kamieniem.  Nie pozostało nam nic innego jak tylko czekać. Stwierdziliśmy, że 4 godziny wystarczą na napełnienie się zbiornika.

Wróciliśmy do ośrodka. Rozbiliśmy namioty i przygotowaliśmy obiad na kuchence gazowej. Kuskus, orzechy włoskie, fasola, przecier pomidorowy i kawior – smakowało jak niebo w gębie :). Po posiłku dziewczyny wybrały się na przechadzkę po dolinie, my poszliśmy do „Groty” nazbierać drewna na ognisko. Było go sporo na zboczach więc poszło nam dość sprawnie.

Uwolniliśmy żabę – niestety nie była to księżniczka :). Basen napełnił się po brzegi. Nie zastanawialiśmy się długo – wchodzimy :). Woda była ciepła, o to chodziło, od razu morale + 100 :). Mała rzecz, a cieszy. Po chwili usłyszeliśmy zbliżające się głosy. Pomyślałem będzie śmiesznie – jesteśmy nago i nie mamy ręczników :D. Owymi ludźmi okazali się Jana i Pawel ( Czesi ). Nie było ich trzeba namawiać do kąpieli. Rozebrali się i dołączyli do nas.

Po regeneracji, baliśmy się o zajęcie naszego miejsca, więc zdecydowałem się zostać i go pilnować. Reszta za to miała mi przynieść kolację, ubrania i ziemniaki na ognisko :). Pod ich nieobecność rozpaliłem ogień i ułożyłem kamienie ( nagrzane chcieliśmy wrzucić do wody, aby podniosły jej temperaturę ). Po 1.5 godziny dostałem małą porcje zupy 😀 – nie spodziewałem się takiej głodowej racji :D.

Dziewczyny nie decydują się na kąpiel z nami. Po krótkiej chwili idą do namiotu spać. Za to my z Czechami nie odmówiliśmy sobie kilkugodzinnej kąpieli. Ognisko było dość spore, kamienie nagrzały się i spełniły pokładane w nich nadzieję :). Wieczór dopełnił Kirgiski koniak i pieczone ziemniaki –  spaliły się, ale i tak były pyszne :).

Ok. 11 wróciliśmy do namiotu spać. Niebo pełne gwiazd, za to noc była bardzo chłodna z późniejszymi opadami deszczu ze śniegiem.

 

Dzień Czwarty

Obudziliśmy się wymarznięci, do tego dziewczyny miały mały wypadek – zalało je. Śpiwór, buty i część ubrań. Oznajmiły, że po śniadaniu wracają do Karakol. Nie mieliśmy nic przeciwko, tyle że my chcieliśmy zostać jeszcze jeden dzień w górach. Umówiliśmy się, że pojutrze zejdziemy lub zjedziemy najszybciej jak się da i ruszymy do Jeti Ogush.

Plan trekingu nad Jezioro spalił na panewce. Z relacji Francuzów ( którzy okazali się Rosjanami ) wychodziło, że od strony doliny jest jeszcze sporo śniegu, który skutecznie utrudnia marsz, przez co nie udało im się dotrzeć. Po tych informacjach nie myśleliśmy nawet o wejściu tam – nie byliśmy przygotowani na śnieg, ba nie lubimy śniegu w maju :).

Trekking

Po pożegnaniu porwaliśmy się na pobliskie 3800m, Czesi też mieli podobny plan jednak poszliśmy osobno. Zabraliśmy jeden plecak z jedzeniem i wodą. Bez mapy ruszyliśmy „Kozią ścieżką”, która nie była do końca szlakiem. Po drodze napotkaliśmy stada świstaków, tudzież zająca. Przechodziliśmy przez las i dotarliśmy na polanę, tylko że nie po tej stronie góry :D. Nie chciało nam się wracać. Piotrek miał już mokre buty od rosy ( dawały mu się we znaki od początku do końca wyjazdu ). Więc przerwa na herbatę i odpoczynek.

Po godzinie ruszamy dalej. Pod górę i przez krzaki. Wdrapaliśmy się na najniższy szczyt. Już mi się odechciało 3800m :D. Kolejna przerwa na jedzenie i opalanie – pogoda była aż za dobra. Piotrek też już odpuścił, ale ciągnął mnie w górę, bo nie chciał schodzić tą samą drogą. ” Podejdźmy jeszcze kawałek ” – mówił. Jak to w górach, za każdym kolejnym wzniesieniem jest następne i jeszcze jedno. Nie miałem już ochoty się wspinać. Druga strona zbocza nie wyglądała, aż tak źle, więc zacząłem schodzić. Nie było tragedii, choć raz myślałem, że utknęliśmy na urwisku :). Po bezpiecznym pokonaniu najgorszego odcinka, powyżej nas dostrzegamy schodzących Czechów. Czekaliśmy na nich na zboczu. Powiedzieli , że byli prawie na szczycie, ale odpuścili, bo Paweł nie czuł się najlepiej.

Po powrocie do ośrodka ugotowaliśmy kaszę, dołożyliśmy orzechy, fasole, przecier pomidorowy i piwo ze schroniska. Skończył się kawior, więc jedzenie nie było już takie dobre :). Krótka sjesta, po czym ruszyliśmy do „Groty”. Czesi już tam byli, dołączył do nich Australijczyk ( nie pamiętam imienia ). Wyruszył w kilkumiesięczną podróż po Azji. Miał zamiar kupić konia i podróżować nim po kraju. Opcja jest ciekawa, ale trzeba mieć twardy tyłek :).

Po kąpieli wszyscy umówiliśmy się na saunę.  Poprosiliśmy właściciela o przygotowanie jej na wieczór i o załatwienie zjazdu samochodem dla mnie i Piotrka.

Sauna

Sauna była ciekawa :). Bardzo mała i zawsze ktoś z naszej piątki musiał stać :). Nie było przedsionka i za dużo drewna na opał, więc temperatura była niska. Całkiem inaczej niż w na Suwalszczyźnie.  Mimo wszystko było to wesołe i ciekawe doświadczenie :D.

Podczas seansu rozpadało się, temperatura na zewnątrz bardzo spadła. Stwierdziliśmy, że na noc przeniesiemy się do pokoju Czechów i Australijczyka. Po ulokowaniu się na ziemi przyszedł czas na odpoczynek. Niestety na dole przy kominku trwała impreza. Przyjechała kilkuosobowa grupa Rosjan. Przywieźli ze sobą masę jedzenia, alkoholu i agregat ( w ośrodku nie było prądu ). Ze względu na deszcz wstawili go do środka. Spaliny unosiły się do góry i umilały nam spanie. Jaka była moja radość gdy usłyszałem nierówną pracę silnika. Miałem tylko nadzieję, że nie doleją więcej benzyny. Na szczęście motor zatrzymał się i nikt nie uruchomił go ponownie – nie byli już chyba w stanie :D.

Mimo, że byliśmy w budynku, noc nie należała do najcieplejszych. Z rana obudziłem się zmarznięty. Piotrka nie było w pokoju. Ewakuował się na dół – ponoć strasznie chrapałem :). Powiedział , że nawet bicie mnie nie pomogło. To na pewno była wina spalin :).

Dzień Piąty

Po śniadaniu czekaliśmy na transport. Czesi zdecydowali się zjechać z nami Jeepem. W sumie było nas 7 osób. Z przodu kierowca, Pan i Pani z imprezy, z tyłu Ja, Piotrek, Jana i Pawel. Był to niezapomniany przejazd :). ( Altyn Arashan Valley – Karakol, czas 2 godziny z krótką przerwą, cena 300 som/osoba ).

 

SMACZNE-PODROZE-png

Dodaj komentarz